Ci, co mnie niosą

Sławomir Mrożek

plakat vertical web

W skrócie

plakat vertical web

Ci, co mnie niosą

Ceny biletów:
strefa I - 100 zł
strefa II - 70 zł

O spektaklu

Ci, co mnie niosą

Ostatnimi czasy jakby nieco mniej Sławomira Mrożka na polskich scenach teatralnych,  można wręcz odnieść wrażenie, jakby w ogóle go nie było! Najwyższy czas, aby tę niepożądaną sytuację zmienić i przypomnieć widzom twórczość jednego z największych współczesnych polskich pisarzy i dramaturgów.

Jednak wybór tekstu, który staje się osią dramaturgiczną naszego spektaklu,  jest być może bardziej Mrożka odkrywaniem niż przypominaniem. A zapewne jednym i drugim. Nie sięgamy bowiem po jeden z popularnych i wielokrotnie inscenizowanych utworów dramatycznych, ale po tajemnicze, mało znane i nigdy nie wystawiane opowiadanie „Ci, co mnie niosą”. Odnajdujemy tu Mrożka, jakiego byśmy się nie do końca spodziewali, wchodzimy w rejony, które i dla samego autora tekstu były chyba czymś zupełnie nowym i przełomowym. Jan Błoński tak o tym pisał:

Potrzeba zakotwiczenia, wartości odzywa się tu najwyraźniej.  (…) Taki jest właśnie kierunek przemian: prowadzą one od mnogości zjawisk do czystej świadomości, od gromady do jednostki, od społeczności do siebie i także… do owej tajemnicy, co nas otacza i może nami rządzi. (…) Czym jest właściwie wierność i zgoda na siebie? „Niosą mnie. Być tak unoszonym to stan szczególny. Nie znam niczego przyjemniejszego. Teraz nie wiem, dokąd zmierzam, dokąd jestem zmierzany, ale na pewno dokądś.” W niesieniu objawia się jakaś tajemnica: ta zapewne, że człowiecza działalność zdaje się ku czemuś prowadzić.  Jakby robiła się sama, obdarzona własną siłą sprawczą; zmierzała zaś do nieprzewidzianego celu. Być niesionym to doświadczać łatwości i radości tworzenia, będącego podróżą ku sensowi… czy ku złudzie znaczenia. Wolno więc pod niesienie podstawić wszelką twórczą (a więc nie tylko od ludzkiej woli zależną) działalność człowieka. Sprawia ona, że życie „przestaje być tylko ciągłym dosuwaniem nogi do nogi, wiecznym maruderstwem, dożywotnią strażą tylną nad sobą samym”. Ci, co mnie niosą reprezentują wpatrzone w przyszłość oblicze twórczości, wszelkiej twórczości.

W myśl powyższego będzie to spektakl o poszukiwaniu własnego miejsca w społeczeństwie, dobijaniu się znaczenia i zbawiennej potrzebie tworzenia, która – choć nie daje żadnej gwarancji szczęścia i spełnienia – w istocie sprawia, że marzymy, kochamy i że chce nam się żyć! W tym sensie to także opowieść o tęsknocie za absolutną racją istnienia, mimo życiowej przypadkowości, zmienności celów i ulotności naszych pragnień. Słowem, znane i odwieczne pytanie – skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy? A wszystko w stylu melancholijnej, abstrakcyjnej i pełnej ironii fantazji Sławomira Mrożka.

 ARtur Baron Wiecek3

Artur „Baron” Więcek


 

 

 

 


 

Jerzy Franczak

ZESTAW ĆWICZEŃ

Ci, co mnie niosą to nowela z tomu pt. Dwa listy i inne opowiadania, opublikowanego w 1970 roku nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu. Mrożek pracował nad nią w latach 1967-1968 we Francji. Pierwszy pomysł zanotował w Dzienniku pod datą 23 sierpnia 1967:

Spróbuję napisać opowiadanie o tych, co mnie nieśli, ale upuścili. Bo upuścili na pewno. Bo czy ja sobie to niesienie wymyśliłem, czy chciałem być niesiony i dlatego mnie nieśli? Nie, na pewno też nie. Jedyne podejrzenie, że chciałem, żeby mnie upuścili. Ale czy na pewno? Gdybym to wiedział. Może jeszcze coś mi się na ten temat wyjaśni. Nieśli mnie, czyli byłem, czyli przynajmniej przez jakiś czas byłem, ten „ja”. To było piękne. Jak piękne.

 „Nieśli, ale upuścili”. Co może znaczyć to enigmatyczne sformułowanie? Czym jest stan „bycia niesionym”? Dziennikowa notatka wcale tego nie rozstrzyga. Przynosi raczej zapis wahań oraz próbę pochwycenia niejasnych, ledwie przeczuwanych sensów. Myślę, że Mrożek sformułował w ten sposób wskazówkę, by poniechać mocnych, jednostronnych interpretacji. Spróbujmy za nią podążyć – przyjrzyjmy się tej intrygującej fabule z dziesięciu różnych perspektyw interpretacyjnych.

  1. 1.      

Na początek sięgnijmy po kontekst biograficzny. Opowiadanie powstało we Francji w przededniu Paryskiego Maja. Pisarz cieszył się już sporym uznaniem, jego sztuki były chętnie wystawiane przez teatry, a książki tłumaczone na języki obce. Od 1963 roku przebywał poza granicami kraju, co nie znaczy, że miał status emigranta. „Polska Ludowa – jak pisze w książce biograficznej Małgorzata I. Niemczyńska – prowadziła z nim dziwną grę. Paszport przedłużała mu zwykle na krótkie okresy lub wcale, zasłaniając się biurokracją. Urzędnicy udawali, że nie wiedzieli, skąd te opóźnienia – Mrożek udawał, że absolutnie im wierzy”. Wszystko zmieniło się podczas Praskiej Wiosny; w sierpniu 1968 roku, po ogłoszeniu inwazji wojsk ZSSR na Czechosłowację, Mrożek zgłosił oficjalny protest i zwrócił się do władz francuskich z prośbą o azyl polityczny. W ten sposób wybrał los emigranta. Trasa jego wędrówki wiodła przez wiele krajów (m.in. USA, Włochy, Niemcy i Meksyk), nim w 1996 roku zaprowadziła go do Krakowa.

               W twórczości Mrożka można odnaleźć liczne opracowania tego tematu. Najczęściej operują one historycznym i geopolitycznym konkretem; dramaty takie jak Emigranci (1974) czy Ambasador (1982) oferują bezlitosny wgląd w kondycję wychodźców z biednych krajów Bloku Radzieckiego. Zresztą już w zbiorze Dwa listy znalazła się słynna Moniza Clavier, przezabawna karykatura fałszywej emigracyjnej martyrologii, a zarazem jedno z najoryginalniejszych ujęć pogmatwanej relacji Wschód-Zachód. Ci, którzy mnie niosą wypadają na tym tle raczej niepozornie: skromna, wyprana z bezpośrednich odniesień, nieco abstrakcyjna fabuła nie prowadzi do spektakularnej kulminacji, nie układa się też w żadną czytelną parabolę. Na tym jednak, paradoksalnie, zasadza się jej siła. To opowieść o doświadczeniu wygnania w czystej postaci; o poczuciu nieprzystosowania, o chronicznym niepokoju, o próbach zadomowienia się w obcej krainie. Bohater, którego „nosiło” po świecie – rozbitek z jakiejś tajemniczej katastrofy („nasz Robinson”, jak powiada Ksiądz) –  osiedla się i oswaja przestrzeń, podejmuje wysiłek zapuszczenia korzeni i asymilacji. Nie działa spontanicznie, w jego postępowaniu znać dużo sztuczności, odgrywania na pokaz wyuczonych ról. Pewnie dlatego ostatecznie nie wiadomo, czy akceptacja zwyczajności i „zabawa w dom” to poważne próby wykroczenia poza kondycję wiecznego przybysza, czy świadomie zaprojektowana gra pozorów i przykrywka dla pokątnych machinacji… A może obserwowaliśmy po prostu komiczne intermezzo, rozdzielające kolejne odsłony epopei o niekończącej się tułaczce?

 2.

Albo inaczej: nawet jeśli intermezzo, to wcale nie komiczne, lecz opracowujące na serio kondycję bycia-pomiędzy i proces wychodzenia z traumy. Historia zaczyna się od tego, że bohater zostaje porzucony wraz z łóżkiem na poboczu wiejskiej drogi. Ten szczególny stan, do którego nie przestanie on tęsknić, a który nazywa „byciem niesionym”, przynależy do przeszłości. Z czym można by go skojarzyć, odnosząc się do biografii autora lub do doświadczenia pokoleniowego? Mrożek – rocznik 1930 – nie należy do pokolenia Kolumbów, a jego formacyjnym przeżyciem pozostaje okres tuż powojenny. W czasach stalinowskich, podobnie jak większość młodych ludzi, włączył się w budowę komunistycznego państwa na linii zaangażowanego dziennikarstwa (w latach 1950-1954 pracował w redakcji „Dziennika Polskiego”). W okolicach Odwilży doświadczył bolesnej deziluzji – podobnie jak wielu innych odkrył, że znajdował się we władzy ideologicznego pozoru i zabójczego stereotypu. Zareagował w sposób swoisty: poprzez satyrę, groteskę i nonsens zaczął dystansować się od wszelkiego dogmatyzmu, do wszelkiej gorliwości, każdy entuzjazm i każdy optymizm wyglądały mu odtąd podejrzanie… Aż doszedł do uogólnionej niewiary w postęp dziejowy i w jakiekolwiek moralne doskonalenie się zbiorowości.

Jego bohaterowie – jak rzecz ujął Ryszard Koziołek – „są zalęknionymi ludźmi bez właściwości, którzy starają się zyskać tożsamość i znaczenie zakładając zużyte kostiumy jednego lub drugiego światopoglądu”. Ci, co mnie niosą przedstawiają okres interregnum, pomiędzy zdjęciem jednego uniformu a ubraniem drugiego. Bohater wspomina z rozrzewnieniem czasy, kiedy to „niósł go” zbiorowy entuzjazm. Ale wstydzi się do tego przyznać, nie chce o tym otwarcie mówić. Budzi się – pozbawiony czytelnych punktów odniesienia, pod każdym względem ogołocony – w świecie posttraumatycznym, w którym nic ani nikt nie jest sobą w sposób nieproblematyczny. Traumą było oczywiście bankructwo ideologii, za sprawą którego społeczne tożsamości ujawniły swoją fasadowość, a słowa odkleiły się od rzeczy. Mężczyzna zaczyna przymierzać różne stroje – przykładnego sąsiada, parafianina, narzeczonego – ale jego przebieranka podszyta jest gwałtowną tęsknotą za przedustawnie daną jednością myśli, słowa i czynu. Nie uda mu się osiedlić, nie uda się zapuścić korzeni – tego bowiem wymaga wewnętrzna traumaturgia jego życia.

3.

Niewykluczone, że owej „tęsknocie” należałoby nadać inne imię. W cytowanym zapisie z Dziennika pojawia się taki oto fragment:

Chciałbym sprawdzić, czy moja obojętność jest tym samym, co obojętność Pereca (stąd moje zainteresowanie, może on coś wie lepiej), a obie czy podobne do dystansu Gombrowicza. Prawdopodobnie najlepiej mieć dystans do obojętności.

Znać tutaj dojmujący lęk przed wpływem: Gombrowicz pojawia się jako ten-od-którego-trzeba-się-odróżnić; jest stale obecny w życiu Mrożka, „najpierw jako mistrz, potem jako przeciwnik” (jak on sam to określił). Znać też zainteresowanie nowinkami literackimi, powiązane z neurotyczną potrzebą oryginalności – w  tym przypadku idzie o powieść pt. Człowiek, który śpi, stanowiącą wyrafinowany literacko zapis załamania nerwowego.

No właśnie, czy stanów duchowych protagonisty nie dałoby się ująć w jednostkach klinicznych? Zaczyna się od iście depresyjnej sytuacji: łóżko, z którego ciężko wstać – niemożliwa do oswojenia przestrzeń – wyobcowanie – paraliż woli. Samo słowo „depresja” konotuje relacje przestrzenne: ten, kto znalazł się w „dołku”, poniżej bazowego poziomu egzystencji, marzy, by jakaś siła podźwignęła go i poniosła…  Mężczyzna zresztą zastanawia się, jak ten wyraz zabrzmiałby w wierszu („Mam depresję, Boże”). Dyskurs medyczny kompromituje egzaltowaną dykcję romantycznej poezji… i vice versa. Tymczasem grawitujemy w stronę stanów obsesyjnych, niby-paranoidalnych (wszystko kojarzy się z jednym tematem) i psychotycznych (gorączkowe działania niezgodne z normami społecznymi). Stanów trudnych do nazwania, wymykających się tak prostej diagnozie, jak i kwiecistej metaforze.

4.

Lęk przed wpływem, wola oryginalności, pisarska neuroza… Dopowiedzmy, po raz ostatni w trybie biograficznym: Mrożek bardzo mocno przeżywa zmienną fortunę zawodowego pisarza, upokarzającą zależność od zewnętrznych uwarunkowań, takich jak sądy kulturalnych ciotek, epokowe mody i trendy, publiczny poklask (Dziennik to zapis owego „dręczarium”). Upuścili brzmi prawie jak „opuścili” – nuż chodzi o tych, którzy towarzyszyli pisarzowi w jego intelektualnych i artystycznych przygodach, ale „odpadli” po drodze? Dobra passa Mrożka-dramaturga nie przekładała się w sposób oczywisty na recepcję jego prozy, zwłaszcza utworów z tego okresu. Na wcześniejszym etapie, na przykład w Słoniu, operował czytelną fantastyką i oswojoną alegorią: czytelnicy rozumieli, że otrzymują wizerunek absurdalnej rzeczywistości („jak z Mrożka”). Tutaj dziwność i niesamowitość gdzie indziej mają swoje źródło: w wewnętrznym mroku „ja”. Pisarz eksploruje lęk pierwotny, przedstawia niezwykłą przygodę świadomości. Nie wszyscy zrozumieli to radykalne „wsiebiewstąpienie” (jak rzecz nazwał Jan Błoński). „Primo, jeżeli mnie nieśli, to widocznie im na mnie zależało. Secundo – jeżeli mnie znaleźli przedtem, znajdą mnie i teraz” – te dywagacje bohatera to przemieszczony zapis fantazji o trwaniu pisarskiej prosperity i o wierności czytelników.

5.

Od pierwszej sceny naszym oczom ukazuje się typowy stranger in a stranger land, cierpiący – jak sam przyznaje – „nudy metafizyczne”. Mógłby pochwalić się ciekawą genealogią – wśród jego przodków odnajdziemy postaci z Procesu czy Zamku Kafki, Roquentina z Mdłości Sartre’a,  wymyślonego przez Michaux pana Piórko, bezimiennego protagonistę Kartoteki Różewicza. Ma też ogromną ilość kuzynów i dalszych powinowatych, na czele z Malone i Molloy Becketta, komicznymi figurami z dramatów Ionesco, Adamova i Gombrowicza. Sięgając po historycznoliterackie etykietki, należało by stwierdzić: Mrożek wywodzi się z tradycji egzystencjalizmu i teatru absurdu. Ale jest coś istotniejszego, niż te koneksje w rozległej rodzinie pisarskiej, a mianowicie konsekwencja, z jaką buduje sugestywny portret jednostki wyobcowanej. Mężczyznę otaczają ludzie o trwałych tożsamościach, osadzeni w świecie, w konkretnej okolicy, w kulturze i języku, on zaś pozostaje nieokreślony i zdeterytorializowany. O ile Chłop „cały jest w pełnym świetle zacnej i zdrowej tożsamości”, o tyle on trwa w mroku, chorobliwości, perwersji. Zdaje sobie z tego sprawę (na przykład gdy mówi o sobie: „ja, sama substancja ciemności”) i próbuje wyjść z izolacji; wszystkie czynności podejmuje po to, by stać się kimś określonym, jako część małej społeczności, by uzyskać uzasadnienie swojego pobytu w tym przypadkowym miejscu, a także, last but not least, własnego istnienia. Temu służą męskie przyjaźnie i romans z nauczycielką – to rodzaj usilnej autoperswazji. A jednak jakaś instancja sufluje wciąż: „moje szczęście jest gdzie indziej, nie nad tym stawem i nie z tą, miłą skądinąd, osobą”… Odgrywa przewidziane role społeczne, ale czuje, że nie mieści się w nich bez reszty – tej reszty, powtórzmy, trwającej na granicy niewyrażalności.

6.

Od 2002 roku Mrożek cierpiał na poudarową afazję. „Znałem kilka języków obcych. Po powrocie ze szpitala okazało się, że nie potrafię rozmawiać w żadnym z nich. Język polski, będący moim ojczystym językiem, stał się nagle niezrozumiały. Nie potrafiłem ułożyć żadnego sensownego zdania” – czytamy w autobiograficznym Baltazarze. Wydaje się – jakkolwiek ryzykownie zabrzmieć może ta teza – że w jego twórczości da się odnaleźć prefiguracje tego doświadczenia. Inscenizuje je niniejsza fabuła: bohater doświadcza poluzowania więzi między nazwą a rzeczą, a nawet między własnym imieniem a swoją osobą. Mierzy się z utratą samego siebie, gdyż „ja” okazuje się językowym mirażem. Wszystkie słowa brzmią mu obco – wymawia je, komponuje frazy, wykonuje obowiązkowe ćwiczenia (z logiki, z zachwytu, z miłości), ale słyszy, że dźwięczy w nich fałsz – jak w tym wyznaniu:  „W pani oczach widzę niebo… I czuję się, jak… jak ptak, unoszę się, bujam w obłokach, fruuunę!”.

7.

„Wsiebewstąpienie” nie oznacza bynajmniej, że Mrożek staje się pisarzem czystego obłędu. Prowadzi narrację wzdłuż granicy oddzielającej subiektywne i obiektywne, psychiczne i społeczne. Każe nam wychylić się z szalonego „teatru jaźni” w stronę uwspólnionej rzeczywistości, uporządkowanej przez sieć międzyludzkich interakcji. Demaskuje martwe konwencje i konwenanse, myślowe i werbalne automatyzmy. Jego śmiech – jak słusznie zauważa sam pisarz – „zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą czy rozpaczą”.

Absurd (zgodnie z etymologią, odsyłającą do głuchoty) sprawia, że znaczenia (słów, gestów, wspólnotowych rytuałów) przestają do nas docierać, a jeśli już docierają, to w skrajnie zdeformowanej postaci. Czy to skutek uboczny „wsiebewstąpienia”, czy główna stawka krytycznego przedsięwzięcia – trudno powiedzieć. Tak czy inaczej, nonsens działa jak anestetyk: znieczula nas, czyni obojętnym na wezwanie zdrowego rozsądku, choćby nie wiem jak donośne.

8.

Ćwiczenia z logiki, ćwiczenia ze zdrowego rozsądku. Za sprawą tego „odgrywania ról” akcja rozdwaja się w charakterystyczny sposób. Jeden jej nurt to historia prowincjonalnego romansu – przypadkowego spotkania, kiełkującego uczucia, potajemnych schadzek, dążenia do legalizacji związku. Drugi nurt jest ciemny i rozbełtany; śledzimy kombinacje związane z tęsknotą za „byciem niesionym”, sekwencje skojarzeń (lektyka, procesja) i działań (figura św. Bonifacego, trumna). Bohater zmienia się w śledczego, szuka ukrytego znaczenia w najbanalniejszych zdarzeniach, wszystkiemu przypisuje ukryty sens – trochę jak Witold z Kosmosu Gombrowicza. Te machinacje obliczone są na odzyskanie poczucia autentyczności i subiektywnej racji istnienia, a równocześnie wydają się dotknięte obłędem. Zależy jednak od przyjętej perspektywy, czy za bardziej szalone uznamy uparte poszukiwanie sensu i celowości, czy zgodę na przygodność i ogólny bezsens.

Rzecz znowu okazuje się filozoficznie „serio”: obserwujemy dramat poznawczy lub, jak kto woli, farsę epistemologiczną. Oto nowoczesny człowiek – odcięty od transcendencji, od tej zaświatowej sfery, która służyła ongiś za rezerwuar prawd ostatecznych, uzasadnień i norm; skazany na aksjologiczną dowolność i na samotną improwizację sensotwórczą, która nabiera rysów paranoidalnych; nieufny wobec prostych recept empiryzmu i racjonalizmu, odporny na religijne pocieszenie; chory na podejrzliwość, nieuleczalnie samotny; dręczony przez wrażenie niekompletności, które każe mu powtarzać „ja prawie jestem”, „już prawie jakbym był”.

9.

By sprowadzić te dywagacje z powrotem na nasze podwórko, wystarczy zapytać, czym jest nowoczesność po polsku. Znamy odpowiedź: jest walką z dotkliwym anachronizmem naszej historii, z cywilizacyjną i kulturową gorszością; nieustannym zmaganiem z formą. Ci, co mnie niosą pozwalają się interpretować w kontekście sprawy narodowej. Czyż nauczycielka nie jest wnuczką Siłaczki? Czyż bohater nie musi znaleźć sobie miejsca między panem, chłopem a plebanem? Przecież Mrożek rekonstruuje w szczątkowej formie najważniejsze dyskursy rodzimej kultury: konserwatywne napomnienie kościoła, ludową etykę samozachowania, protekcjonalne pouczenie zaangażowanych postępowców. Zderza je ze sobą, tak by nawzajem się przedrzeźniały i wyszydzały. Luzuje w ten sposób ich normującą władzę, ale zarazem pozostawia swojego bohatera bez żadnego punktu oparcia.

Adres historyczny można jeszcze bardziej ukonkretnić, wówczas wylądujemy pod koniec międzyepoki zwanej (za Różewiczem) okresem „małej stabilizacji”. Po wojennej katastrofie, po okresie stalinowskiego terroru, nie doszło wcale do oddzielenia światła od ciemności, przeciwnie – zapanował cyniczny półmrok ćwierć-totalitaryzmu. Bohatera otacza nierzeczywistość, spreparowana przy użyciu podrobionych języków i pustych rytuałów. Ten historyczny kontekst podlega zresztą aktualizacji – czyż nie wydaje nam się i dzisiaj, że żyjemy pośród prowizorycznych makiet? I tylko dlatego bierzemy je za realność, że podtrzymujemy je codzienną krzątaniną i gadaniną?

10.

 A co, jeśli nie ma już nic do zdziałania, nic do powiedzenia? Apatia Mężczyzny wydaje się odporna na wszelką stymulację. Namowy Księdza trafiają w próżnię. Religijne imaginarium („wzlot, poryw, tęsknota za życiem wiecznym”) utraciło moc inspirowania, podobnie jak jej świeckie odpowiedniki, czyli tzw. wielkie idee („tyle jest pięknych, a pożytecznych zajęć”). Znajdujemy się w epicentrum potężnego kryzysu, obejmującego wszystkie antropotechniki, jak je nazwał Peter Sloteridjk, czyli sposoby utrzymywania człowieka w pozycji wertykalnej. Znikły linki, prowadzące w zaświaty lub do nieba idei, pozwalające utrzymać pion i oddawać się rozmaitym arcyludzkim zatrudnieniom. Jak w tej sytuacji wstać z łóżka? Jak z przekonaniem oddać się pracy, jak w pełni powierzyć się przyjaźni i miłości?

A co jeśli w naszym odczarowanym świecie ostatnim trickiem pozwalającym pokonać siłę ciążenia jest sztuka? Nie chodzi wcale o natchnienie, ów tajemniczy furor, który oznacza tworzenie w uniesieniu; chodzi o swoiste ćwiczenie – wyobraźni, myśli i języka. Mężczyzna oczywiście tego nie przeczuwa – podobnie jak nie podejrzewa, że jest bohaterem opowiadania i spektaklu. Znajduje się jednak wewnątrz tego pola antygrawitacyjnego, które kreują pisarz oraz reżyser. To oni przecież porzucają go wraz z łóżkiem na scenie i zmuszają do ryzykownej akrobatyki – na pograniczu wnętrza i zewnętrza, rozumu i szaleństwa, sensu i bezsensu, mowy i milczenia.

Ceny

Ceny biletów:
strefa I - 100 zł
strefa II - 70 zł

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery