Balladyna fot Anna Lem 20
fot. Anna Lem

Trans macabre

„Balladyna" na wesoło! Chociaż postać Balladyny w tym spektaklu wydaję się jako jedyna tragiczna... Nie jest łatwo spojrzeć na utarty charakter dzieła w zupełnie inny sposób.



Twórcy spektaklu zaznaczyli, że „Balladyna" to przede wszystkim przestrzeń. I rzeczywiście trzeba przyznać, że się ona przejawiała w każdy możliwy sposób, bo można ją badać wszystkimi zmysłami. Mimo że scena Krakowskiego Teatru Sceny STU nie jest szczególnie duża, w tym spektaklu stworzono różne przestrzenie: sceniczną, dźwiękową, świetlną, realną, baśniową i można by wymieniać wiele innych. Teatr to nie tylko scena i aktorzy. Uwielbiam doszukiwać się małych szczegółów, które pozornie mogą być niezauważalne, natomiast ich brak rzucałby światło, a raczej cień na całe przedstawienie.

Widza trzeba wprowadzić w trans! Wciągnąć go do głów aktorów i reżysera do tego stopnia, żeby mógł nawet poczuć ból tych głów. Wyobrażam to sobie jako powolny proces. Człowiek zasiadający w trzecim czy czwartym rzędzie, na dwudziestym piątym lub czterdziestym szóstym miejscu. To bez znaczenia. Gdy gasną światła na widowni, podnosi się kurtyna, reżyser musi od razu wciągnąć swoją publiczność na scenę, na sam środek. W transie inaczej reagujemy, zmieniona świadomość to zmieniona wrażliwość na bodźce. Jeśli od początku widz zostaje pochłonięty przez świat przedstawiony, to jest szansa, że dotrwa do końca w tym stanie i dotrze do centrum spektaklu. Tam zawsze czeka na niego inny wymiar przeżywania. Jednak nigdy nie jest to zależne tylko od strony wykonawczej i twórczej.

Otwartość publiczności to połowa sukcesu na powodzenie spektaklu. Teatr niejako „wychował się" na obrzędach, a one są nierozerwalne z muzyką. Goplana (Kinga Ilgner) pomaga przekroczyć progi fantasy, śpiewając piosenkę „Syreny" z repertuaru „Żywiołaka". W spektaklu wykorzystano utwory jeszcze jednego zespołu, który jest reprezentantem muzyki folkowej – „Kapela ze wsi Warszawa". Muzyczna „przestrzeń" to bardzo mocna strona spektaklu. Dodatkowe gratulacje należą się Balladynie (Kamila Bestry) i Alinie (Aleksandra Sroka) za wspaniały biały śpiew (śpiewokrzyk), który zdecydowanie nie należy do tych najłatwiejszych. Reżyser „morduje" w centrum, na planie koła. Wokół zbrodni zataczany jest krąg. Tak jakby Balladyna składała ofiarę za swoje poprzednie przewinienia... A może to „krwawe koło" Lady Makbet?

Doskonałym pomysłem było kontrastowe zestawienie Balladyny i reszty postaci. Balladyna to postać z krwi i kości, szaleńczo ludzka. ,,Wredna diablica o pięknych licach. Kusi niewoli, zabija powoli" (fragment piosenki „Syreny"). Powściągliwość w emocjach wyładowana w czynach. Reszta postaci naładowana komizmem i komiksem. Goplana – matka natura, erotomanka. Grabiec (Grzegorz Mielczarek) – pijaczyna, syn organisty. Pustelnik (Tomasz Wysocki) – król Popiel III ze smokiem na pelerynie i czaszką kozła na głowie, Kirkor (Marcin Zacharzewski) – odzwierciedlenie Księcia Pana, Kostryn (Robert Koszucki) – spiskowiec. Do bólu: bawią, irytują, sieją zamęt i doprowadzają do szaleństwa. A Balladyna chłonie to jak gąbka. Nie zauważyłam w tym spektaklu u tytułowej bohaterki jednej cechy, którą najczęściej określa się Balladynę.

Balladyna u Krzysztofa Pluskoty nie wydaje się obierać za najwyższy cel zdobycia władzy. Balladyna nie panuje nad swoim losem. Ona zbiera jak tornado wszystko, bo inaczej nie potrafi. Nie jest z tego powodu szczęśliwa.

A może to ona była w transie... Wyjście cało z tego wiru jest niemożliwe.


Maria Krawczyk
Dziennik Teatralny Łódź
7 grudnia 2019

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery