stu3

Przed rozpoczęciem 55. sezonu teatralnego, w wydawnictwie prezentującym ofertę repertuarową  na 55. jubileuszowy sezon teatralny, zamieściliśmy artykuł  Wacława Krupińskiego p.t. STU - teatr jedyny taki. W przededniu kolejnego STU-lecia, które przypadnie 20 lutego,  przypominamy Państwu  ten tekst.

STU - jedyny taki (pdf 2.97MB) 

 

 

STU - teatr jedyny taki

STU – jedyny taki teatr, który towarzyszy mi od pięciu dekad, od „Spadania”, oglądanego bodaj w Klubie Pod Jaszczurami, w roku, o ile pamięć nie zawodzi, 1971… Jedyny teatr, któremu i ja jestem wierny, co pozwalało śledzić, jak się zmienia, jak stara się współbrzmieć z duchem, czy raczej - z demonami czasu. Twórca STU, Krzysztof Jasiński potrafił z nie lada intuicją odczytywać i komentować polskie realia. Takie to były czasy, takie ambicje teatrów wyrosłych w latach 60, i w dekadzie następnej, minionego wieku w ramach ówczesnego fenomenu zwanego kulturą studencką. Zjawiska niczym ów wiek minionego. A teatr Krzysztofa Jasińskiego przetrwał i jako jedyny stał się regularnie grającą sceną. Bo też od zarania, gdy wyrósł w opozycji do kształcącej „ojców założycieli” STU szkoły teatralnej, chciał i umiał być alternatywny i zawodowy. Teraz może cieszyć się statusem miejskiej instytucji kultury, co wieńczy związki z Krakowem tak teatru, jak i samego Jasińskiego, który, a rzadki to przypadek, został dwukrotnie laureatem Nagrody Miasta Krakowa.

Wyrósł STU z genu wolności; to on konstytuował tamte teatry, kabarety, plastykę, poezję… Taki STU objawił się już po dwóch latach działalności, w czasie haniebnego Marca `68 roku. To wtedy, jak wspominał Krzysztof Jasiński, „w pierwszym dniu rozruchów studenckich, zrodził się inny Teatr STU. Graliśmy „Kobietę demona”; rozemocjonowani tym, co się dzieje, Stuhr z Trelą zmienili jakieś szczegóły tekstu Sacher-Masocha i spektakl nabrał innych znaczeń, zaczął mówić o nas. Stał się komentarzem do tego, co się działo”.

A później nastał Grudzień `70 roku. Znów rozruchy na ulicach, tragiczne, krwawe, a w ich wyniku zmiana na szczytach władzy. To w tych dniach STU na Spotkaniach Teatralnych w Łodzi pokazał „Spadanie”, za które dostał Grand Prix. Kolaż tekstów, złożony głównie z poematu Różewicza doskonale rymował się z czasem przełomu, stając się manifestem politycznym pokolenia jego twórców. Podobnie jak wystawiony rok później - „Sennik polski”, dokonana literackimi tekstami wiwisekcja duszy polskiej. Zarazem znakomicie odbierany i przez starsze generacje. A także - co okazało się w trakcie wojaży STU po świecie – świetnie przyjmowany w Europie, w Meksyku, w Ameryce Południowej. „Sennik polski”, „Exodus”, „Pacjentów” oglądały tysiące. To w tych widowiskach Krzysztof Jasiński ujawniał swój talent inscenizacyjny. Wiedział, jak zachwycić widza formą, jak uwieść go nie tylko słowem, ale i obrazem, muzyką, plastyką i symboliką kadrów. „Mnie od początku interesował teatr artystyczny” – mówił po latach w jednym z wywiadów.

Pamiętam, wciąż niezatarte wrażenie, jakie zrobił na mnie oglądany w Barbakanie poemat „Exodus”, misterium według Leszka Aleksandra Moczulskiego, jak poruszony o nim pisałem. Nie świadom jeszcze, że ów teatr zostanie ze mną na zawsze. To może już wówczas Jasiński zrzucał z siebie przypisany młodości garb kontestacji, co nie znaczy, że tracił wrażliwość na otaczającą go rzeczywistość. Dowodem późniejsza inscenizacja „Ubu Króla”, sztuki o przewrocie wojskowym; jej premiera zbiegła się z wyborem gen. Jaruzelskiego na przywódcę ówczesnej wszechwładnej partii… Ale był to już czas, kiedy twórca STU chciał mieć teatr, w „którym literatury nie będzie się już traktować jako pretekstu do rewolucji” – jak określi to po latach niegdysiejszy uważny komentator zjawisk kultury, Krzysztof Mroziewicz.

Zostawmy zatem związki STU z meandrami historii. Z perspektywy ponad półwiecza najważniejsze jest to, że Teatr STU przetrwał - artystycznie, jak i organizacyjnie. Nikomu to się nie udało! Dziś STU to jedyny taki teatr w Polsce, jedyny, który wyniesiony na fali studenckiej kultury, stał się w pełni zawodową, regularnie grającą sceną repertuarową. Właśnie wkroczył w 55.sezon. I kolejny raz - jak od sezonu 2004/05  - ogłosił repertuar na cały rok. STU i pod tym względem jest wyjątkowy. Żaden inny teatr w Polsce nie zaprasza widzów na szczegółowo zaplanowany cały sezon. I - podkreślmy to wyraźnie - żaden inny nie jest kierowany tak długo przez swego twórcę. Mówimy Teatr STU, w domyśle - Krzysztof Jasiński - że sparafrazuję cytat znany starszym pokoleniom.

Pozostają one wierne Jasińskiemu, ale też z powodzeniem przyciąga on do swego teatru widownię młodą, do której trafia zarówno doborem repertuaru, jak i estetyką swych inscenizacji. Wprawdzie od lat oddaje Jasiński scenę innym reżyserom, jednak jego dominacja jest wyraźna. Twórcy, który z równym powodzeniem sięga po klasykę - Fredrowską „Zemstę”, Szekspirowskiego „Hamleta” (w tym sezonie 20-lecie obecności na afiszu STU), „Rewizora” Gogola, po niełatwą wielką literaturę, by przywołać „Biesy” Dostojewskiego, czy Beckettowskie „Szczęśliwe dni”, ale i bawi widza współczesnymi komediami typu „Roma i Julian”. I jeszcze wystawia, łącząc pokolenia, „Małego Księcia” de Saint Exupery’ego. A także rozsławiony filmem „Cabaret”, którym, jak niegdyś, wprowadza wyraźne odwołania do naszego tu i teraz. W tym sezonie zaproponuje „Trzy siostry”,dramat Czechowa o nieprzystosowaniu, niespełnionych marzeniach, zawiedzionych ambicjach.

STU to ważna od lat scena repertuarowa; zrodziło to nawet u krytyków z Jasińskim zaprzyjaźnionych, towarzyszących mu od początku zdziwienie, że oto niegdysiejszy kontestator robi teatr mieszczański. A pamiętam, że już w wywiadzie ze mną z okazji 40-lecia STU jego twórca deklarował: „Ja chcę, żeby STU to był mieszczański teatr”. Teraz, utwierdzony w swej racji, dopowiada, że „teatr ma sens tylko wówczas, jeżeli przychodzi do niego publiczność i szczelnie go wypełnia”. A do STU przychodzi. Kompletami. Choć ani teatr to rozpieszczany przez krytykę, ani bilety w nim najtańsze. Widać, istotniejszy jest genius loci - melanż legendy tego teatru i magii otoczonej z trzech stron przez publiczność sceny. Sceny dającej sposobność zobaczenia aktorów tej miary, co Daniel Olbrychski lub Jerzy Trela, czy aktorów rozsławionych przez ekrany telewizorów. STU też królował na nich przez lata, gdy realizowano w tym teatrze słynne benefisy gwiazd sceny i estrady. Z Krzysztofem Jasińskim w roli prowadzącego. Sceny, dodajmy, bo się godzi, mającej i swą gwiazdę - Beatę Rybotycką.

Przeobrażał się przez lata STU, zmianom ulegał status sceny - stąd obecna jej oficjalna nazwa: Krakowski Teatr Scena STU, zdarzyło się, że Jasiński zwolnił stały zespół aktorski. Zarazem wciąż czerpie z przeszłości skupiając wokół siebie tych, którzy byli w STU w jego początkach, by tylko przywołać Włodzimierza Jasińskiego i Franciszka Mułę, aktorów związanych z tym teatrem od ponad pięciu dekad (spotkali się w jego pierwszej siedzibie przy ul. Brackiej 15), a obecnie oglądanych m.in. w roli grabarzy w „Hamlecie”, a nade wszystko - Jerzego Trelę, który w spektaklach „Rozmowy z diabłem. Wielkie kazanie księdza Bernarda” oraz „Wielki John Barrymore” samotnie (niech nie obrazi się współuczestniczący w drugim z nich Aleksander Fabisiak) daje próbę swego mistrzostwa. To ci aktorzy tworzą klamrę między dawnymi a nowymi laty, to oni zakotwiczają STU w jego tradycji.

Tradycja to również teatru atrakcyjnej formy, urzekającego widza urodą inscenizacyjną. Tak było ze wspomnianym „Exodusem”, z „Pacjentami”, z granym w całej Polsce musicalem „Szalona lokomotywa” (to wtedy Teatr STU zaistniał po raz pierwszy w masowej wyobraźni). a teraz, zwłaszcza że technika daje jakże nieporównywalne możliwości, jest tak na przykład z „Hamletem”, w którym Ofelia żegna się z życiem skacząc do wody. Krzysztof Jasiński zawsze umiał tworzyć teatr atrakcyjny, umiał oczarować widza formą – światłem, dźwiękiem (kiedyś wszak animował nad Wisłą widowiska typu „światło dźwięk”), nie boi się ani laserów w inscenizacjach Wyspiańskiego, czy Słowackiego, ani zgoła cyrkowego tricku w „Wariacie i zakonnicy” Witkacego.

Jasiński wierny jest swym literackich fascynacjom. Ukoronowaniem lektur Wyspiańskiego było wystawienie na 50-lecie STU tryptyku „Wędrowanie”, złożonego z „Wyzwolenia” „Wesela” i „Akropolis”. Tryptyk z powodzeniem pokazywany w całym kraju przyniósł reżyserowi Nagrodę Teatralną im. Stanisława Wyspiańskiego. Nagrodę za dokonanie wyboru tego, co ponadczasowe i stworzenie nowej, współczesnej propozycji odczytania dramatów czwartego wieszcza.

Nie jedyny to dowód wierności autorowi. Wspomniany już Witkacy, którego „Szalona lokomotywa” wzbudzała entuzjazm w Polsce, m.in. 8-tysiecznej widowni katowickiego Spodka, powrócił w STU „Sonatą Belzebuba” - ze Zbigniewem Wodeckim w roli głównej. Z artystą estrady przecież, którego popularność umiał twórca STU wykorzystać wspaniale w teatrze - przyciągając doń publiczność. Jestem przeświadczony, że wiele osób doceniając atrakcyjność „Sonaty” powróciło na al. Krasińskiego na inne spektakle. A że Jasiński umie inscenizować Witkacego dowodzi i wciąż magnetyzujący widzów „Wariat i zakonnica”, który w tym sezonie będzie świętował swe 35-lecie. To rekord nie tylko na skalę Krakowa! Iluż aktorów przewinęło się przez ten spektakl; bywało, że aktorka grająca młodą siostrę Annę z czasem awansowała w hierarchii zakonnej i stawała się jej przełożoną, siostrą Barbarą. Tak, Jasiński, wie, jak przyciągnąć widza i jak zmienia się jego gust. Bo ten teatr to także barometr zmieniających się oczekiwań teatromanów. Kto pamięta „Kolację na cztery ręce” z roku 1988 i widział ją wystawioną 27 lat później, wie, o czym myślę. Łączy je na pewno jedno – i wtedy, i teraz widz bawi się tą fikcyjną opowieścią z niefikcyjnymi bohaterami świetnie.

Użyłem słowa bawi się świadomie; w sensie ścisłym, by odwołać się do Jerzego Pilcha, który też zawitał do STU jako autor „Innych rozkoszy”. STU potrafi widza rozbawić; czego przykładem kuszący nagimi męskimi ciałami „Kogut w rosole”, :urocze spektakle muzyczne „Przybory Wasowskiego Dom Wyobraźni” i „Błękitne krewetki”, przytoczona już „Zemsta”, ale i na przykład kameralny „Boże mój”, według izraelskiej dramatopisarki Anat Gov, w reżyserii Andrzeja Seweryna, z jego córką Marią w jednej z dwóch ról. Takich spektakli - z pozoru zabawnych, a skłaniających do zadumy serwuje STU więcej, czego ilustracją „Wariacje Tischnerowskie. Kabaret filozoficzny”, wg scenariusza i w reżyserii: Artura „Barona” Więcka, który teraz powraca przedstawieniem wg Mrożka „Ci, co mnie niosą”.

STU - jedyny taki teatr, w którym jego twórca obecny jest na każdym spektaklu, by śledzić reakcje publiczności, by potwierdzać swe reżyserskie intuicje i ewentualnie modyfikować inscenizacyjne rozwiązania. Znów oddam glos Krzysztofowi Jasińskiemu: „Najważniejsza jest publiczność, która przychodzi do teatru. Trzeba ją przyciągnąć i zatrzymać, utrwalić nawyk przychodzenia. Ona chce mieć swój teatr, chce się w nim przeglądać jak w lustrze. (…) Publiczność przychodzi z kredytem zaufania i będzie dalej przychodziła, jak się tego zaufania nie zawiedzie”.

To dla tak szanowanej publiczności powstaje roczny repertuar (co sztuką nie lada, gdy się nie ma własnego zespołu aktorskiego), który musi być propozycją na tyle atrakcyjną, by na każdym przedstawieniu wszystkie miejsca były zajęte. „Spektakl przy pełnej widowni jest świętem i trzeba wysokiego profesjonalizmu, żeby to dźwigać co wieczór” - że znów zacytuję Jasińskiego.

Pewnie tak będzie i w trakcie 55. sezonu STU, nietypowego, bo z widmem pandemii w tle. Sezonu, w którym dyrektorzy Krzysztof Pluskota (zarazem reżyser i aktor STU) i Krzysztof Jasiński proponują 28 tytułów, w tym trzy premierowe. W nich aktorzy uznani, znani, jak i młodzi utalentowani, których twórca STU wyławia ręką doświadczonego mistrza. Całoroczne spotkania z nimi - od września do niemal końca czerwca - można planować już teraz, także dzięki systemowi rezerwowania i kupowania biletów on-line. Wszystko precyzyjnie zaplanowane. Niestety, z wyjątkiem krążącego nad światem widma koronawirusa. Może kiedyś pojawi się o nim spektakl…?

Wacław Krupiński

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery