Balladyna fot Anna Lem 24
fot. Anna Lem

Słowacki „na wesoło" czyli teksty klasyczne w nieklasycznej odsłonie

Nowe realizacje tak zwanych tekstów klasycznych zawsze dostarczają wielu emocji. Podobnie jest z „Balladyną" w reżyserii Krzysztofa Pluskoty, której premiera odbyła się 29 listopada 2019 roku.

Można powiedzieć, że tekst Słowackiego został wywrócony na nice. To „Balladyna" w zupełnie nowej odsłonie, a mimo to mocno zakorzeniona w tradycji dramatu antycznego, szekspirowskiego, romantycznego.

Rzecz dzieje się, jak pisał Słowacki, „za czasów bajecznych, koło jeziora Gopła" i dokładnie taki mroczny nastrój panuje na scenie. Bohaterki: Wdowa (Kinga Ilgner), Balladyna (Kamila Bestry) i Alina (Aleksandra Wiktoria Sroka) są na poły realistyczne i na poły fantastyczne – taką kreację postaci umożliwił interesujący zabieg, mianowicie matka i córki są jednocześnie Goplaną, i dwiema Nimfami lub Chochlikiem i Skierką. Zespolenie ról fantastycznych i realistycznych pozwoliło na nową kreację tendencyjnych, zastanych już postaci z dramatu Słowackiego. Bohaterki przywodzą na myśl słowiańskie szeptuchy czy też trzy czarownice z „Makbeta" – mają w sobie coś demonicznego, tańczą w kole trzymając się za ręce, śpiewają, to znowu padają na ziemię. Między innymi dzięki temu spektakl „Balladyna" w Teatrze STU „czyta się" na nowo.

Spektakl tworzą dwie wyraźnie kontrastujące ze sobą części. Pierwsza, to niemal słowiańskie „Święto wiosny" skrzyżowane ze „Starą baśnią", „Wiedźminem" i Gardzienicami – jeśli chodzi o kreację postaci właśnie, dużą rolę muzyki, nawiązania do kultury ludowej. Rozmowy bohaterek są dziwne, sterowane, jakby podpowiadane przez los. Wisi nad nimi jakieś słowiańskie zaklęcie, urok... przekleństwo. Goplana pyta: „Czy to jeszcze rano?", na co Alina odpowiada: „Pierwsza wiosny godzina". Dwie córki w wiośnie swego życia wyczekują – tak niecierpliwie, że wydawałoby się odwiecznie – rycerza, księcia z bajki, którym dosłownie okazał się Kirkor (Marcin Zacharzewski), nieodparcie przypominający swoim zawadiackim zachowaniem, uśmiechem królewicza ze współczesnych filmów Disneya. Postać została przerysowana celowo, by podkreślić, że to bożyszcze i obiekt westchnień Balladyny, Aliny i Wdowy. Dlatego scena, w której Kirkor przybywa do domu kobiet, to już niemal tragifarsa pod tytułem: Trzy niewiasty i młodzieniec czyli „Którą kochać? Którą tylko lubić?". Kto wie, może rzeczywiście Słowacki był tu największym humorystą w dziedzinie damsko-męskich relacji...

Druga część spektaklu (po przerwie) to z kolei teatr szekspirowski z Balladyną w roli głównej. Motywem przewodnim jest oczywiście zbrodnia i kara, przy czym zbrodniarzem, sędzią, igraszką losu i więźniem własnego sumienia jest tytułowa bohaterka. Akcja rozgrywa się już nie nad mokradłami jeziora czy w ubogiej wiejskiej chacie, gdzie dosłownie więdnie życie, ale w zamku Kirkora, gdzie toczy się walka o władzę. Nowym charakterem jest Kostryn (Robert Koszucki) – żmija wyhodowana na własnym łonie (raczej łonie Balladyny...).

Najbardziej przerażającą sceną i postacią zarazem jest... nieprzytomny Grabiec (Grzegorz Mielczarek) posadzony na królewskim tronie. Od początku spektaklu kreowany jest on na Sylena z orszaku Dionizosa, co wyraża się i w zachowaniu, i ubiorze – nosi „kozie" buty. Notabene aktor potrafił zbudować taką relację z publicznością, że wystarczyło, aby zaintonował „Sto lat", a ta śpiewała dalej pod jego batutą (tudzież berłem). Z kolei Piast-Pustelnik (Tomasz Wysocki) to postać najbardziej tajemnicza. Razem z Goplaną zdaje się być ponad wszystkim, co się dzieje. To on jest świadkiem śmierci Kostryna, Balladyny. Koronowany przez osobę z publiczności w jednej sekundzie zmienia wyraz twarzy.

Spektakl pełen jest kontrastów, a najbardziej chyba sama Balladyna, która umiera, będąc przy nadziei. Bohaterowie dzielą się na dwie grupy: świat kobiet i mężczyzn – połączone konfliktami, popędami, instynktami, w nieustannej walce o władzę dążą do destrukcji. Niemal każda postać przechodzi dramatyczną metamorfozę i jak w antycznej tragedii zmierza do zguby. Śmierć jest nieunikniona. Przy władzy zostaje jedynie Piast-Pustelnik.

Na szczególną uwagę zasługuje muzyka zaczerpnięta z płyty Kapeli ze wsi Warszawa. Większość pieśni aktorki wykonują popularnym dziś głosem białym, co tym bardziej nadaje spektaklowi „ludowy" charakter. Scenografia (Katarzyna Wójtowicz) jest oszczędna, symboliczna, po części opiera się na grze świateł. Lasery, ultrafioletowe światła współtworzą nie tylko przestrzeń, ale i kostiumy. Bywa jednak, że fioletowe światło niepotrzebnie postarza, a warkocze Goplany wyglądają momentami jak sztywne dredy.

„Balladyna" w tej nowej odsłonie to spektakl na pewno zaskakujący ze względu na kreację postaci, muzykę i interpretację tekstu Słowackiego.



Magdalena Burek
Dziennik Teatralny Warszawa
14 grudnia 2019

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery