Przepyszna uczta, smakowite kąski ukryte w fortepianie, muzyka sosów, zup i nuty obok ostryg. Mowa o „Kolacji na cztery ręce” Paula Barza w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego – przedstawieniu wystawianym w warszawskim Teatrze Kamienica. To kolejna już inscenizacja sztuki o dwóch wybitnych kompozytorach XVIII wieku, Jerzym Fryderyku Händlu i Janie Sebastianie Bachu. Wciąż mam w pamięci znakomity spektakl Teatru Telewizji z 1990 roku, reżyserowany przez Kazimierza Kutza, z koncertową grą Janusza Gajosa, Romana Wilhelmiego oraz Jerzego Treli. Krzysztof Jasiński po raz pierwszy zrealizował „Kolację na cztery ręce” w 1988 roku w krakowskim Teatrze STU. Teraz powraca do tekstu, którego sceniczna adaptacja przed laty odniosła wielki sukces. Główne role powierzył Emilianowi Kamińskiemu, Olafowi Lubaszence, a towarzyszy im Maciej Miecznikowski. Czy będzie to teatralny przebój Kamienicy, która – muszę przyznać – w swym repertuarze ma już sporo ciekawych spektakli?

Bywalec europejskich salonów i zwykły kantor w kościele pod wezwaniem świętego Tomasza w Lipsku wspólnie zasiadają do stołu, ale tylko w debiutanckim dziele niemieckiego muzykologa i krytyka sztuki, Paula Barza. Jan Sebastian Bach i Jerzy Fryderyk Händel osobiście nie zetknęli się nigdy, choć autor sztuki podaje dokładny czas i miejsce spotkania – Hotel Turyński, Lipsk, rok 1747. Biegła znajomość epoki i biografii oraz twórczości obu kompozytorów, a także fakty z życia dodają „Kolacji na cztery ręce” niezapomnianego smaczku, jednak spektakl to przede wszystkim pasjonujący pojedynek dwóch wielkich rywali, gigantów muzyki. Autor chciał pokazać swoich bohaterów jako wielkich artystów i jako ludzi obdarzonych przywarami i po człowieczemu zazdrosnych o zaszczyty, o twórczość. Stąd niezwykły pomysł na spotkanie i rozmowę, która nigdy się nie odbyła. Co mieliby sobie do powiedzenia dwaj genialni późnobarokowi kompozytorzy, dwie wielkie osobowości, gdyby stanęli twarzą w twarz?

Jerzy Fryderyk Händel – „czarujący potwór”, jak mawiali o nim londyńczycy – najlepiej opłacany muzyk swoich czasów, dumny ze swych sukcesów, pyszałkowaty. Czeka w pokoju Hotelu Turyńskiego w Lipsku na swego gościa – Jana Sebastiana Bacha. Zamierza podjąć biedaczynę kolacją. Tymczasem dobiega końca uroczystość przyjęcia Bacha do Towarzystwa Nauk Muzycznych. Zza sceny dobiegają wirtuozerskie, zachwycające dźwięki kanonu Bacha. Jan Sebastian gra, a wściekły Händel przysłuchuje się muzyce, lekceważąco krytykuje i kpi z tego prowincjusza, pana „Pacha”, jak złośliwie określa kolegę po fachu. A w duchu przyznaje, że czegoś tak genialnego jeszcze nie słyszał. W końcu pojawia się Jan Sebastian Bach, nieśmiało wchodzi do salonu i zgina się w ukłonie przed nadwornym kompozytorem Wielkiej Brytanii. Z zakłopotaniem rozgląda się, widząc przepych, eleganckie meble i suto zastawiony stół. A Händel? Wielkopański światowiec, nieco udobruchany, z łaskawością proponuje trunki i przystawki. Zaczyna się gra. Naprzeciwko siebie stają dwaj Saksończycy, osobowości świata muzyki. Towarzyszy im „ten trzeci”, Jan Krzysztof Schmidt, czyli totumfacki Händla. To muzyk od trzydziestu lat zaprzyjaźniony z pyszałkowatym faworytem dworów, przyzwyczajony do usługiwania – przynosi, podaje, podsuwa dania i wiąże serwetę. A dodatkowo – głośno i uszczypliwie komentuje zachowania chlebodawcy, zaznaczając swoje zdanie na temat jego muzyki i sposobu życia, odgryzając się w ten sposób za lata upokorzeń i przykrości.

Obaj kompozytorzy doskonale znali i z pewnością podziwiali nawzajem swoją twórczość. Czy zazdrościli jeden drugiemu? Być może. W spektaklu Krzysztofa Jasińskiego Emilian Kamiński, odziany w elegancki kostium późnobarokowego znawcy mody, z kolczykiem w uchu (przejściowo oczywiście!), choć jest nieco zniewieściały, to jednak bryluje, błyszczy i łaskawie pozwala się podziwiać skromnemu kantorowi. Olaf Lubaszenko, czyli Jan Sebastian Bach, w ciemnym i wytartym surducie, w uniżonej pozie nie śmie konkurować z wielkopańskim gospodarzem. Ciągle walczy z biedą, obarczony jest dwadzieściorgiem dzieci, nie zawsze rozumie narzekania wolnego od rodzinnych obowiązków Händla (Anglicy nazywali go George Frideric Handel). Autor zbudował ich postaci, charaktery i podejście do muzyki na grze przeciwieństw. Wyraźny kontrast między Händlem – egzaltowanym, wybuchowym, nietłumiącym emocji ekstrawertykiem – i introwertykiem Bachem pozwala poznać ich temperament i podejście do twórczości. W miarę rozwoju akcji scenicznej ich wzajemny stosunek ulega przemianie. Obaj aktorzy stopniują napięcie w rozmowie, słowne utarczki przestają być grzeczne, a pojedynek dwóch wielkich artystów nabiera soczystości. Peruki spadają z głów, wino płynie, coraz bardziej smakuje, a wraz z nim znika skromność i brak pewności siebie pana Bacha. Teraz on zyskuje przewagę. Panowie stają się drapieżni, a gra ambicji wyraźna. Są zazdrośni, próbują zadziwić i zaszokować rywala. Ale mimo wszystko cenią się. Händel wyrzuca z siebie z goryczą: „Musiałem zobaczyć, musiałem zrozumieć, dlaczego taki geniusz jak pan, większy prawie ode mnie, nie odnosi żadnych, ale to żadnych sukcesów. Modliłem się każdej nocy: żebym ja też był takim Bachem!”. Z kolei Bach tłumaczy: „Musiałem zobaczyć, po prostu musiałem zrozumieć, dlaczego taka miernota, jak pan, ma takie powodzenie... Choć raz odnieść taki sukces jak pan. Być nazwanym królem muzyki!”. Czy coś ich łączy? Niewątpliwie – miłość do muzyki, niezależnie od tego, jak pojmują jej cel i funkcje.

Dowcip skrzy się, dialog płynie wartko, a humorystyczne powiedzonka w ustach Emiliana Kamińskiego bawią publiczność. W dodatku w spektaklu nie brakuje odniesień i aluzji do obecnej sytuacji dyrektora Kamienicy, jego pracy artystycznej, do kondycji sztuki i twórców w obecnej dobie. Händel, wciąż zabiegający o łaskawość władców i zaszczyty, wciąż w ukłonach, cierpi na chorobę zwaną samotnością. Czy taka jest cena sławy? Z kolei Bach, szczęśliwy prostak, w dodatku geniusz, też nie jest taki szczęśliwy w swym ojczystym grajdołku, jak z pozoru można by sądzić. Jednak komedia pozostaje komedią, do rękoczynów nie dochodzi (prawie). Obaj aktorzy mistrzowsko rozgrywają swe partie, ich pojedynek ani przez chwilę nie traci na wartkości, a i śmiechu jest co niemiara. Mocno przyczynia się do tego Maciej Miecznikowski, piosenkarz, muzyk i prezenter telewizyjny. Tutaj jako sceniczny kamerdyner Schmidt. Aktor znakomicie wykorzystuje możliwości, jakie daje mu ta niecodzienna rola. I śpiewa. Jak i dlaczego – o tym można przekonać się, odwiedzając Teatr Kamienicę. Warto!

Anna Czajkowska
Teatr Dla Was
14 października 2015

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery