Czy można być szczęśliwym, spędzając całe dnie zakopanym od pasa w dół w ziemi? Gdy można ruszyć tylko rękami i dosięgnąć kilku przedmiotów wokół siebie? Czego tak naprawdę potrzeba nam do szczęścia? Odpowiedzi na te pytania pomaga nam znaleźć bohaterka sztuki „Szczęśliwe dni” wystawianej w Teatrze STU.

„Szczęśliwe dni” to przede wszystkim sztuka zapewniająca ogromną przestrzeń dla popisu kunsztu aktorskiego. Tak też mamy do czynienia w przypadku inscenizacji Krzysztofa Jasińskiego. Beata Rybotycka wcielająca się w postać Winnie prezentuje szeroką gamę uczuć i emocji, nieustannie przykuwając uwagę widza. Dzięki jej interpretacji nie można oderwać oczu od postaci umęczonej życiem kobiety, nawet gdy widzimy tylko głowę aktorki, co jest jeszcze większym wyzwaniem, gdy można ruszać zaledwie oczami i szyją. Winnie Rybotyckiej na przemian wzrusza i bawi, w czym pomaga kamera rejestrująca twarz aktorki w trakcie całego spektaklu tak, by widz mógł oglądać mimikę bohaterki w zbliżeniach na dużych ekranach zawieszonych w trzech miejscach nad widownią. Dzięki temu, postać Winnie otacza widzów ze wszech stron, pozostając przy tym unieruchomioną w ziemi, choć nie jest ona do końca nieruchoma, bowiem ustawiony centralnie ogromny kopiec, w którym zakopana jest bohaterka, cały czas kręci się wokół własnej osi. Podkreśla to nieustający ruch wszystkiego, co żywe oraz nieuchronne przemijanie.

Pełny tekst recenzji:
Aleksandra Cabaj
kulturatka.pl (źródło)
7 marca 2018

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery