„Psycho-Tera-Polityka" to satyra polityczna w iście brytyjskim stylu: błyskotliwa, pełna pure-nonsensu i niespodziewanych zwrotów akcji. Komedia Dominika Rettingera skrzy się inteligentnym humorem a dialogi w niej brzmią jak żywcem wyjęte z najlepszych scenariuszy Woody'ego Allena.

Kto nie chciałby zobaczyć i posłuchać, co ma do powiedzenia senator RP podczas wizyty u psychoanalityka? Główny bohater „Rodziny Soprano" czy Paul Vitti z „Depresji gangstera" to słynne przykłady filmowych przestępców uczęszczających na sesje psychoterapeutyczne. Politycy zarówno w filmach jak i sztukach teatralnych bywają zaś przedstawiani zwykle bardziej majestatycznie i mniej poufale. Amerykański serial „House of Cards", czy rodzima „Ekipa" Agnieszki Holland ukazują przywódców zaangażowanych, władczych, zwinnie lawirujących wśród rywali i współpracowników. Co jednak, gdy polityczny lider zamiast niezłomnym graczem czy psychopatą pielęgnującym kompleksy okazuje się być nieporadnym wielkim misiem nie potrafiącym unieść rangi urzędu i funkcji, przerażonym zasadami funkcjonowania swojego środowiska?

Sztuka Rettingera opowiada historię przewrotną. Mimo że wiele w niej nawiązań od obecnej sytuacji w kraju nad Wisłą, to cała sytuacja dramaturgiczna oparta jest na zderzeniu kilku kontrastujących charakterów: nieporadnego senatora obawiającego się upublicznienia seks-skandalu z jego udziałem, władczej sekretarki-karierowiczki, demonicznej i wyniosłej żony senatora oraz Bogu ducha winnego psychoterapeuty, na którym wszystkie te osoby usiłują wymusić współpracę na rzecz lub przeciwko interesom aktualnie rządzącej partii. Wychodząc od opowieści o próbach ratowania publicznego wizerunku sztuka na naszych oczach zaczyna przeobrażać się w historię miłosnego trójkąta, dramat o wewnętrznych strukturach władzy, klasyczną komedię omyłek oraz satyryczny komentarz do ostatnich wyborów parlamentarnych.

A gdzie w tym wszystkim doktor Freud? Jak można się domyślać, życie senatora zdominowały kobiety, przed którymi usiłuje on uciec w ramiona mężczyzn sądząc, że zmiana orientacji może w przewrotny sposób ocalić jego reputację i życie rodzinne. Czy i jak mu się to uda, opowiada drugi akt. Warto do niego dotrwać, bo komediowa pogoń przez pościele i partyjne machinacje pełna jest emocji, niespodzianek i misteryjnych socjotechnicznych planów. Polityk bez spodni czy tajna agentka w samej bieliźnie to już elementy sztampowe i mocno ograne w niejednej farsie. Ten jarmarczny sztafaż to jednak tylko preludium do prawdziwego dramatu, który za chwilę rozegra się za zamkniętymi drzwiami gabinetu. Pod pozorami lekkiej komedii obyczajowej dostajemy prawdziwą słowiańską walkę o tron zainscenizowaną w salonowych realiach IV Rzeczypospolitej. Bohaterowie politycznej intrygi przechodzą płynnie od pytań w stylu: „Dlaczego mój mąż maca pośladki tej kobiety?" do pytań w rodzaju: „Który urzędnik, biznesmen i generał jest NASZ a który nie?"

Najnowsza premiera Teatru Scena STU pokazuje wielkich graczy od kuchni, czy wręcz zaplecza restauracji, w której, jak wiemy od czasów „Sowy i Przyjaciół" bywa niebezpiecznie. Główny bohater o ratunek prosi terapeutę, sądząc prawdopodobnie, że jest on ostatnią osobą, która (chociażby przez zasady etyki zawodowej) nie ujawni jego najściślej pilnowanych sekretów. W miarę rozwoju akcji zaczynamy rozumieć, że nikt z jego otoczenia nie jest tym, kim być się zdaje, zatem powtarzając za Tenessee Williamem, najlepiej jest „ufać w serdeczność nieznajomych"

Autor, niegdyś współautor scenariuszy filmów Agnieszki Holland, obecnie autor powieści kryminalnych i politycznych thrillerów, przygotował tekst świetnie skrojony na potrzeby kameralnej sceny. Wszystkie postaci rozgrywają swój trwający parę godzin dramat w przestrzeni jednego pokoju prezentując bogate zaplecze przedakcji i wątków powiązanych z głównym bohaterem. Tekst myli popularne tropy, ostatecznie zmienia hierarchię i znaczenie poszczególnych postaci, a przede wszystkim skrzy się humorem. Każdy z aktorów dostaje tu tuzin zapadających w głowie kwestii wyjętych niczym z ksiąg aforyzmów Oscara Wilde'a, jak chociażby zdanie żony o męskiej inteligencji brzmiące: „Mężczyźni wymyślili IQ, a kobiety mają rozum".

Zbawienną rolą humoru jest wytwarzanie dystansu wobec groteskowej rzeczywistości. Wyolbrzymiając pure-nonses, mnożąc paranoję, pozwala nam złapać oddech i śmiechem przezwyciężać strach oraz poczucie bezsilności, a czasem po prostu dodaje werwy, by brać się z życiem za bary. Tak właśnie działa „Psycho-Tera-Polityka" i jej bohaterowie usiłujący zachować swoje „status quo" i przetrwać okres salonowych przewrotów w strukturach władzy. „Umarł król, niech żyje król" lub „Nie było nas, był las" można by rzec wychodząc ze spektaklu. Lecz nie o same bagatelizowanie świata polityki tu chodzi. Raczej o przypomnienie, że politykę tworzą ludzie tak samo niedoskonali dziś jak przed wiekami. Tam, „na górze" nie jest wcale ani bezpiecznie ani stabilnie. Brutus wciąż czyha na Cezara, Lady Macbeth ostrzy pazury a Nikodem Dyzma jeszcze nie wie w jakim kłębowisku żmij właśnie dał się zainstalować. Nie jest to ani moralitet, ani próba wybielenia świata rządzących. Mądrość satyry Rettingera polega na przypomnieniu, by ani przesadnie nie ufać ani przesadnie nie demonizować prominentów. Dostaje się tu naszym narodowym przywarom, myleniu polityki z tradycją polskiego romantyzmu, historią legionów, walkami o wolność i legendą „Solidarności". Autorzy spektaklu proponują zejść na ziemię i przyjrzeć się światu Anno domini 2016. Nie czas na ikaryjskie loty i rozdzieranie szat. Jak mówi jedna z bohaterek: „Cały świat wie, o co chodzi w polityce. Tylko Polacy wciąż jeszcze ciągle marzą!"

Jakub Wydrzyński
Dziennik Teatralny
20 kwietnia 2016

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery