Jerzy Trela siedemdziesiąte urodziny uczci występem w swojej wielkiej roli. Jego monodram, z przewrotnym tekstem Leszka Kołakowskiego, wystawił Krzysztof Jasiński w Teatrze STU.

Znakomite przedstawienie z Krakowa zostanie pokazane na scenie Teatru Na Woli w Warszawie. Przewrotny traktat Leszka Kołakowskiego opowiada o istocie dobra i zła. W ascetycznej, przestrzeni tytułowy kaznodzieja - w wykonaniu jubilata Jerzego Treli - prowadzi przekorną rozmowę ze słuchaczami. Kunszt słowa, błyskotliwy humor i precyzja aktorskiego warsztatu sprawiają, że poddajemy się piekielnej manipulacji.

"Rozmowy z diabłem. Wielkie kazanie księdza Bernarda" to opowieść, która wydaje się banalna przez swoją oczywistość. Otóż człowiek z natury jest istotą słabą, ułomną i grzeszną, ale zawsze znajdzie wytłumaczenie, które pozwala mu omijać ścisłe przestrzeganie zaleceń Dekalogu. A już kompletnie za nic ma przestrogi kaznodziejów grożących mu za to piekielnymi mękami.

Jerzy Trela pojawia się w habicie zakonnika, żeby ciepłym: "Najmilsi moi" rozpocząć kazanie. W słowach przepojonych namiętnym żarem ukazuje zebranym całą mizerotę ich splamionej grzechem egzystencji. Pomstuje na szatana, za którego przyczyną człowiek ulega podszeptom zła, krzywdząc Boga, bliźnich i samego siebie.


Kaznodzieja dozuje napięcie. Jego głos ogromnieje, grzmi u sklepienia świątyni, po czym cichnie, łagodnieje, schodzi do porozumiewawczych, intymnych wynurzeń, niemal oko w oko z odbiorcą. Dłonie kreślą w powietrzu zamaszyste zygzaki, to znów zamierają w geście bezradności. Od straszenia, ksiądz Bernard przechodzi do błagań.

Bo nic tak księdzu Bernardowi nie leży na sercu, jak zbawienie duszy człowieka. Niestety, w krasomówczym zapędzie wikła się czasem w sytuacje nader niezręczne. Aż przysiada z braku tchu po bezlitosnym straszeniu bliźnich diabelskimi sztuczkami, aby po chwili przejść do podejrzanych usprawiedliwień zła, wywodząc, że w ogólnym porządku doczesnego świata jest ono wręcz konieczne.

Bo kimże są ci, co nie popełniają żadnych grzechów? Oni są właśnie najgorsi w swej gorliwej zapobiegliwości, by dostać się jak najbliżej tronu Pana. Toż to grzech największy właśnie, oznaczający próbę równania się z Bogiem, to wołająca pomsty pycha - dowodzi ksiądz Bernard. Miotający się po scenie kaznodzieja zrywa w końcu z siebie sutannę. Zasiada na stalowym tronie, u którego boków wystrzeliwują ogniste słupy. Fotel, opadając do tyłu, wyrzuca mówcę.

Rozwiewają się dymy, cichnie anielski sopran Elżbiety Towarnickiej w Psalmie 120 "Za długo w Meszeku" Leszka Aleksandra Moczulskiego z "Nieszporów Ludźmierskich" Jana Kantego Pawluśkiewicza. Uwodzicielska, doprawdy, potrafi być siła grzechu...

Mówca, w eleganckim czarnym garniturze i purpurowym krawacie, ulokowany na powrót w fotelu, patrzy po twarzach zebranych wszystkowiedzącym, zmęczonym wzrokiem starego, mądrego czarta. I jest mu dojmująco smutno. Jerzy Trela przez półtorej godziny kiełzna widzów swą sztuką, o szatańsko - nomen omen - uwodzicielskiej sile. Tylko aktor o jego charyzmie mógł się tak beztrosko naigrawać z niedoskonałości ludzkich dusz, brnących w pułapkę, którą na nich zastawia jako wysłannik piekieł. Choć jednocześnie przed nią ostrzega. Nie tylko on zresztą, choć kto by ich tam słuchał.

"Czyli: aż tyle - i aż Trela - pisał Paweł Głowacki w recenzji w 'Dzienniku Polskim'. - Przejmujący Trela. Trela nie do zapomnienia. Tak powstał doskonale czysty seans o starym jak świat diable, co tłumaczy światu nieusuwalną konieczność swego ziemskiego knucia."

Przedstawienie o sile oczyszczającego wstrząsu. "Rozmowy z diabłem. Wielkie kazanie księdza Bernarda" według Leszka Kołakowskiego to również pierwszy monodram, w aktorskiej karierze Jerzego Treli. Wybitny aktor odnalazł się w godnej swego talentu, wielkiej roli. Wraz z reżyserem Krzysztofem Jasińskim stworzył teatr przepojony żarliwą wiarą w swoje intelektualne posłannictwo. Teatr czysty. Teatr mądry, który każdego dotyka, uwiera i boli. Diablo boli.

"Czterdzieści lat temu zadebiutował tu znakomitą rolą w 'Pamiętniku wariata' Gogola zdolny młody człowiek, student drugiego roku krakowskiej szkoły teatralnej - przypomniał Tadeusz Nyczek w 'Przekroju'. - Nazywał się Jerzy Trela. Szybko zresztą stąd poszedł robić karierę w Starym. Gdy dziś w pierwszym życiowym monodramie wchodził na jubileuszową scenę STU jako przewrotny, inteligentny i zgorzkniały diabeł w skórze starego kaznodziei i przez godzinę wodził nas po Himalajach aktorstwa, pomyślałem: nie ma już teatru naszej młodości. Ale nadal jest TEATR."

Wtórował mu Tomasz Mościcki w audycji Polskiego Radia:

"Poruszający wieczór. W naszym teatrze - zajętym codziennością, wypełnionym pustą gadaniną o 'społecznej misji do spełnienia', międlącym opowieści o sfrustrowanych blokersach, luksusowo cierpiących na Weltschmerz pracownikach agencji reklamowych - bardzo rzadko zdarza się dziś ton tak czysty, wygnano z niego rozmowę z widzem o relacji człowieka i Absolutu, o świętości i upadku. Nie ma już dziś właściwie takiego teatru. I pewnie niedługo już wcale go nie będzie. Także i dlatego, że aktorzy formatu Jerzego Treli to dziś już teatralny gatunek na wymarciu. Romantyczny gest, słowo rażące swoją siłą, przez prawodawców 'nowoczesności' uznane zostało za 'pustą deklamację'. I tylko szkoda, że ci prawodawcy nie pojawili się w STU. Cisza panująca na widowni, ta szczególna cisza znamionującą skupienie i współodczuwanie aktora i odbiorcy jest jawnym zaprzeczeniem ich reklamowych haseł. Jerzy Trela pojawia się na polskich scenach coraz rzadziej. Nie jest artystą chodzącym na pasku mód i 'tryndów'. Od lat (…) przypomina, czym jest wielka aktorska sztuka; czym była jeszcze kilkanaście lat temu i czym mogłaby być i dziś."

W przedstawieniu Krzysztofa Jasińskiego ożywa na półtorej godziny duch dawnego Starego Teatru, wspomnienie Konrada Swinarskiego i innych wielkich, o których dziś coraz ciszej. Jerzy Trela zadebiutował w Teatrze STU jeszcze jako student rolą w "Pamiętniku wariata". Powrócił po czterdziestu latach jako wielki artysta sceny w swoim pierwszym monodramie. Koło historii zatoczyło pełny obrót.

"Daj Boże, by kręciło się dalej" - dopowiada Tomasz Mościcki.

Janusz R. Kowalczyk
Culture.pl
13 marca 2012

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery