Dłuższą chwilę czekamy, żeby wejść na widownię Teatru STU. Zaraz po otwarciu wrót, prowadzących do foyer okazuje się, dlaczego. Uderza skondensowany zapach kadzideł. Monolog w wykonaniu Jerzego Treli ma działać na wszystkie zmysły, więc oprócz mocnych słów są też przejmujące, plastyczne obrazy. Całość powinna niemal „ogłuszyć" nasze sumienia, zburzyć spokój naszych myśli.

Siadamy na miejsca w bezbarwnych oparach kadzideł. Czujemy ich obecność jedynie ze względu na intensywny zapach. Przed nami na podeście widać krzesło. Oświetlone kolorowym światłem witrażu z projektora wygląda jak drewniany, rzeźbiony tron. Powoli przed oczami zostaje tylko ten kolorowy blask. Obserwujemy niezwykły spektakl, skomponowany z muzyki i światła, które tworzą fantastyczny, metaforyczny klimat. Nagle wszystko gaśnie i na scenę wchodzi Jerzy Trela jako ksiądz Bernard. Mówi dużo i głośno, raczej ostrzegawczym tonem. Można odnieść wrażenie, że opanowuje całą przestrzeń, ponieważ przemieszcza się również po balkonach, spoglądając nieco złowrogo na słuchaczy.

Monolog o odpowiedzialności za swoje czyny i istnieniu diabła jako motoru wszystkich negatywnych pomysłów oraz działań. Ton wypowiedzi może kojarzyć się z kazaniem księdza z „Dżumy" Alberta Camusa. Ukazanie totalnej „amoralności" ludzi, których ostatecznie musi spotkać kara. Ludzi, których nie chroni żaden Bóg, ale którymi steruje diabeł. Oskarżenia i ostrzeżenia – z nich mamy być potem rozliczeni. Nawet sam ksiądz, który podczas monologu ściąga czarny strój, a pod nim widzimy zwykłego człowieka – w dżinsach i koszuli. To przecież ktoś taki sam jak my: niewolny od grzechu, choć posiadający kapłańskie święcenia.

Monodram Jerzego Treli „Rozmowy z diabłem. Wielkie kazanie księdza Bernarda" to majstersztyk. Nie sądzę, żeby był na widowni człowiek, który pozostałby całkowicie obojętny wobec tego obrazu. Słowa istnieją tu na równi z plastycznymi kompozycjami, pokazującymi siłę nieokiełznanych żywiołów. Czerwony dym – piekło, niebieski – niebo. Płomienie ognia, które wystrzeliwują nagle wokół fotela. Scenografia jest niezwykła, ponieważ metalowe (jak się okazuje) krzesło trwa, opierając się niejako żywiołom. Wrażenie potęguje również przenikająca do głębi muzyka autorstwa Jana Kantego Pawluśkiewicza. Zostaliśmy zalani potokiem słów. Jest prawie całkiem ciemno. Można niemal oczekiwać, że za chwilę na mosiężnym „tronie" pojawi się jakiś sędzia, ale nie mamy pewności – będzie to diabeł czy jednak anioł?

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny
4 listopada 2015

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery