Kiedy na teatralnej scenie pojawia się klasyka, myślimy, że sztuka zafunduje nam najwyższej klasy katharsis. W końcu co jak co, ale pojęcie oczyszczenia najbardziej kojarzy się z adaptacjami największych polskich dzieł.
Ciekawość jest dodatkowo podsycana przez reżysera, który zapowiada „połączenie tradycyjnego ujęcia scenariusza z nowoczesną koncepcją młodych aktorów”. Nic dziwnego, że oczekiwania są wygórowane.
„Kiedy obcuję z dziełem literackim, to staram się uznać prawo i jakość autora, w tym przypadku spotykam się z najwyższą jakością i dlatego nie zmieniam, nie motam, nie piszę nowoczesnej sztuki na nowo, oddaję hołd doskonałemu dziełu” – tłumaczy Krzysztof Pluskota, reżyser spektaklu. Niewątpliwie to najmocniejsza strona przedstawienia. Tekst oryginalny, owszem trudny dla aktora, bo pisany jedenastozgłoskowcem, ale trafiony w punkt. Z klasykami się nie dyskutuje. Chwała im za to.
Tę historię zna każdy. Aniela i Klara przyrzekają sobie, że nigdy nie wyjdą za mąż. Postanawiają dręczyć mężczyzn obojętnością na ich zaloty. Nic dziwnego, że zakochany w pięknej brunetce Albin jest bliski załamania nerwowego. Natomiast Gustaw zamiast wzdychać do Anieli postanawia uknuć intrygę, która pomoże mu zdobyć serce ukochanej i pomóc lamentującemu z rozpaczy Albinowi.
Na krakowskiej scenie pojawia się warszawska aktorka – Maria Seweryn, która do roli Pani Dobrójskiej pasuje doskonale. Andrzej Deskur jako Radost zjednuje sobie publikę, raz po raz zachwycając aktorskimi sztuczkami. Sympatię od razu zdobywa również Marek Litewka w roli Jana. Jest też głośno zapowiadana „młodzież”, czyli Agata Woźnicka (Aniela) i Anna Siek (Klara). Tym razem panowie biją panie na głowę. Mimo że z pozoru mają mniej doświadczenia od koleżanek, na scenie czują się świetnie. Są autentyczni, a w grę wkładają serce, co obfituje w pochlebne komentarze (nie tylko wśród damskiej części widowni). Aleksander Talkowski jako Gustaw to wybór idealny, zupełnie tak jak Jan Romanowski w roli Albina. Niestety, tego samego nie da się powiedzieć o młodych koleżankach po fachu, które wydają się być nie do końca osadzone w charakterze bohaterek.
Scenografia i muzyka według przedpremierowych zapowiedzi miały pasować do każdej epoki. Nie jestem przekonana, czy połączenie elementów muzyki stylizowanej na dworską ze współczesnymi bitami daje efekt uniwersalności. Zupełnie tak, jak modne w ostatnich miesiącach różowe flamingi w towarzystwie koronkowego obrusu czy eleganckiej patery na owoce. Efekty wizualne wydają się niedopracowane. Film z projektora oglądam w gorszej jakości – możliwe, że ze względu na miejsce. Z kolei elementy świetlne w stylu fusion przeszkadzają w percepcji spektaklu (tym bardziej, że towarzyszą dialogowi głównych bohaterów).
„Śluby panieńskie, i w ogóle sam Fredro, to jest zawsze uniwersalna i na najwyższym poziomie rozrywka, to jest po mistrzowsku napisana, jedna z najśmieszniejszych komedii w historii literatury polskiej” – komentuje Pluskota. Zgadza się. Bez wątpienia. Fredro zawsze się obroni i to owacjami na stojąco.
Agnieszka Gałczyńska
Teatr dla Was (źródło)
16 września 2017