„Roma i Julian" to niezapomniana komedia dokonująca swoistego przewartościowania stereotypu kulturowych zachowań w czasach współczesnych, a zarazem w humorystyczny sposób kreśląca rysy polskich frustracji ostatnich lat. Sztuka zbudowana na kanwie dwóch przeplatających się ze sobą historii czterech osób, połączonych siecią intryg i rodzinnych powiązań, jest doskonałym przekazem dla każdego odbiorcy zainteresowanego rodzimą kulturą i wpisanymi weń wartościami społecznymi.

Scenografia spektaklu jest prosta. Dwa łóżka, pomiędzy nimi podniesiona scena pełniąca rolę szpitalnego korytarza zakończonego windą. Postaci jest tylko czworo, tematyka nieskomplikowana. Zmiana płci na przeciwną przez tytułową parę bohaterów, a także działania dążące do zmiany ich decyzji i niedopuszczenia do operacji przez pozostałą dwójkę: matkę Juliana i męża Romy.

Ta – pozornie nieskomplikowana forma – zawiera w sobie duży potencjał zarówno kreacyjny jak refleksyjny, jest więc wyzwaniem zarówno dla aktorów jak i publiczności, bo to ona dokonuje społecznej reinterpretacji prezentowanego przekazu. Już pierwszy kontakt z afiszem sugeruje związek dramatu z najsłynniejszą sztuką Szekspira. Zaznaczam jednak, że o bezpośrednich nawiązaniach nie ma tu mowy. Intertekstualny związek obu tekstów cechuje raczej głęboka ironia, podkreślona stereotypami, przerysowaniem postaci, a momentami mocnym humorem językowym oraz miłość nabierająca w relacji obu tekstów subtelnej wieloznaczności.

Dramat jest dyskusją z kulturowymi stereotypami mężczyzny i kobiety. Gra aktorów w pełni oddaje obowiązującą w naszej kulturze konwencję tych ról społecznych oraz przypisywanych im cech i wartości. Dwie pary bohaterów stanowią modelowe przykłady zachowań społecznych i cech kobiety (Julian – w tej roli Rafał Szumera) i mężczyzny (Roma – Agata Mysliwiec), a przy okazji pokolenia zdolnego do zmiany obowiązującego szablonu kulturowego. Z kolei matka Juliana (Halinka – Beata Rybotycka) i mąż Romy (Dariusz Starczewski) to przedstawiciele starszego pokolenia silnie związanego z obowiązującym wzorcem kulturowym, na którym wyrośli, a przy tym typowi przedstawiciele pokolenia Polaków urodzonych na przełomie lat 50/60.

Teatr STU jak zawsze gwarantuje wspaniałą intelektualną rozrywkę. Spokojny i nieśpieszny początek nabiera tempa od momentu pojawienia się na scenie Matki i Męża oraz ich przypadkowego spotkania na szpitalnym korytarzu. Akcja ujawnia szereg intryg, nieoczekiwanych (także dla postaci scenicznych) rozwiązań i tajemnic z przeszłości, a przy tym prowadzi do nieoczekiwanego, a w swym skomplikowaniu komicznego finału. Doskonałe aktorstwo pozawala na rewelacyjną kreację postaci dramatu, a jednocześnie ujawnia ironię kryjącą się w relacjach, jakie między nimi zachodzą. Współgra z tym oprawa muzyczna (Janusz Grzywacz), podkreślająca punkty kulminacyjne sztuki i wyraźnie określająca miejsce akcji, a także oszczędna scenografia, co przy małej powierzchni przeznaczonej dla aktorów jest bardzo istotne. W tym aktorskim kwartecie zdecydowanie dominuje kreacja Beaty Rybotyckiej w roli Matki. Za tę rolę aktorce należą się szczególne słowa uznania. Bez popadania w przesadę i nadmierne przerysowanie postaci udało jej się odtworzyć postać podstarzałej kobiety, matki dorosłego syna, żyjącej wizją swojej świetności sprzed lat. Jednocześnie jednak kobieta ta, silna i zdecydowana, pełna jest uroku, przekonania o własnej wartości, dowcipnie i z humorem mówiąca o swojej przeszłości i wydarzeniach dotyczących czasów jej wspólnych planów z obecnym mężem Romy. To przede wszystkim jej osobowość i dynamika aktorskiej gry sprawiają, że w chwili pojawienia się aktorki na scenie, na widowni słychać śmiech i widać rozbawienie. Problem tylko w tym, że w chwilach, gdy na tej scenie przebywa, spektakl staje się sztuką jednego aktora, dla którego pozostałe postacie są tylko żywymi rekwizytami spełniającymi swe zadanie. W sumie jednak z dobrego aktorstwa trudno czynić zarzut. Gra pozostałych aktorów, także godna pochwały, jest po prostu na tym tle mniej wyrazista. Wynika to też z faktu, że ich rola jest bardziej statyczna. Dotyczy to zwłaszcza tytułowych postaci, które w rzeczywistości dramatu stają się tylko pretekstem do pokazania społecznej problematyki płci w głębszym i szerszym kontekście. Z kolei postać męża Romy skreślona jest w założeniu jako mało wyrazista, bez silnych cech charakterologicznych, pełna pretensji do żony i życia, co zresztą przez Dariusza Starczewskiego zostało zagrane z dużym wyczuciem rzeczywistości.

Podsumowując, na odbiorcę czeka 140 minut bardzo dobrej komedii współczesnej, prezentującej w stosunkowo prostej fabule wcale niełatwe problemy współczesnego życia społecznego i jednostkowych decyzji podejmowanych przez ludzi, często wbrew obowiązującym konwencjom, by poprawić jakość swojego życia. Przy tym, co ważne, spektakl dzięki swojej konstrukcji oraz wielowarstwowej problematyce, pozostawia widzowi decyzję dotyczącą zarówno odbioru scenicznego przekazu jak i jego poszczególnych warstw.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny
29 stycznia 2016

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery