Pomysł wystawienia „Kolacji na cztery ręce” Paula Barza powstał na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach w 2014 roku. Burmistrz tego miasta, Leszek Dorosz, to znany koneser teatru i opiekun artystów, a dzieło urodzonego we Włocławku niemieckiego pisarza i muzykologa opowiada także o mecenacie sztuki i różnych jego rodzajach. Emilian Kamiński jako dyrektor prywatnego teatru w Warszawie nie przypuszczał wówczas, jak bardzo aktualne staną się słowa Jerzego Fryderyka Händla, dyrektora prywatnego teatru w Londynie. Sezon 2015/2016 w Warszawie rozpoczął się od spektakularnej klapy jednego prywatnego teatru i mocnego przegrupowania w innym. Słowa o kłopotach właścicieli teatrów były jakże znajome i po prawie 300 latach ciągle aktualne.

Sztuka Paula Barza o fikcyjnym spotkaniu Jana Sebastiana Bacha i Jerzego Fryderyka Händla odniosła wielki międzynarodowy sukces. Spektakl został pokazany w ponad stu dwudziestu realizacjach, a dramat przetłumaczony na czternaście języków. Wielkim sukcesem było słuchowisko w Teatrze Polskiego Radia w 2008 roku - w postać Bacha wcielił się wtedy Marian Opania, w Händla – Krzysztof Wakuliński. Krzysztof Jasiński już wcześniej wystawił „Kolację” w krakowskim Teatrze STU; warto też przypomnieć, że telewizyjna inscenizacja (reż. Kazimierz Kutz) z udziałem Janusza Gajosa, Romana Wilhelmiego i Jerzego Treli znalazła się w Złotej Setce Teatru Telewizji.

Warszawa ma szczęście, że twórca Teatru STU do niej powraca. Czego dotknie, zamienia się w złoto. W Teatrze Polskim ciągle olbrzymim powodzeniem cieszą się jego inscenizacje „Zemsty” i „Wesela”, które mają rekordową frekwencję, nie z tego powodu, że są lekturami szkolnymi. Ich aktualność i zastosowane skróty mają swoich zwolenników. Czy zatem wielki hit teatralny skazany jest na sukces frekwencyjny?

W roli J. S. Bacha, skromnego kantora w kościele św. Tomasza w Lipsku, wystąpił Olaf Lubaszenko. Do tej roli predystynowały go tusza i talent. Zagrał skromnego geniusza, który wielokrotnie bezowocnie zabiegał o rozmowę ze sławnym rodakiem – J. F. Händlem. W roli ulubieńca europejskich salonów i najlepiej opłacanego muzyka swoich czasów wystąpił Emilian Kamiński, obchodzący właśnie 40-lecie działalności scenicznej. Znakomita rola na taką okazję, bo Kamiński zagrał właściwie samego siebie – dyrektora teatru, który jest podziwiany przez widzów i co chwila puszcza do nich oko. A jednocześnie chwali władzę, a jakże, zabiega o jej względy, opowiada o swoich troskach twórcy, spełnionego artysty i człowieka. Ceną takiego życia jest samotność, ustawiczna obawa, że ktoś okaże się lepszy, a teatr może znów upaść. W ustach Emiliana Kamińskiego troska o teatr i jego przetrwanie nie brzmi wcale jak zaklęcie pyszałka. Jego zazdrość o czyjś talent, pycha i zarozumiałość ukrywały troskę o byt zarządzanej instytucji. Kamiński grający w kontrze do Lubaszenki był minoderyjny, śmieszny, a nawet zachowywał się jak stara kokota, ale za tą kreacją aktor ukrył człowieka, który zna miarę sukcesu i wie, jak ciężko trzeba na powodzenie pracować.

Olaf Lubaszenko gra zaś prostaka i chama o duszy anielskiej, w której powstają cudowne, religijne dźwięki muzyki. Jednak z czasem okazuje się, że pod tą postacią kryje się pełen dystansu do siebie człowiek, który zwyczajnie zazdrości splendorów spływających na wielkiego rodaka. Nie posiada dworskiej ogłady, obarczony jest dwadzieściorgiem dzieci, nigdy nie był za granicą, nie dostawał żadnych honorariów za swe dzieła, nie jadł żadnych wykwintnych dań, też chciałby zostać sybarytą i wystąpić za wysokie wynagrodzenie w Londynie. Trudna rola J. S. Bacha została jakby napisana dla Olafa Lubaszenki, który potrafił w przekonujący sposób pokazać podwójną osobowość lipskiego geniusza.

Zdaniem Krzysztofa Jasińskiego – dyrektora teatru – kluczem do sukcesu spektaklu jest obsada. Dlatego obok dwóch tuzów polskiego teatru w rolę kamerdynera Schmidta zaangażował Macieja Miecznikowskiego – śpiewaka i ulubieńca pań w każdym wieku. Aktor – śmieszny i absolutnie odstający wyglądem i grą od swoich kolegów ze sceny – zaskoczył dystansem do roli i sztuką przekonywania. Na zakończenie pierwszego aktu potrafił zmusić całą publiczność do wspólnego zaśpiewania popularnej piosenki. Której? To trzeba zobaczyć, posłuchać i zaśpiewać.

Opowieść o spotkaniu dwóch wielkich kompozytorów – Bacha i Händla – bardzo spodobała się premierowej widowni, bywa że nad wyraz wybrednej. Na zakończenie pełna taktu i godności gospodyni Teatru, Justyna Sieńczyłło, zaprosiła wszystkich do obejrzenia krótkiego filmu o drodze scenicznej Emiliana Kamińskiego. Ten ciągle młody aktor posiada wielki dorobek sceniczny, filmowy i... dyrektorski. Filmowy dokument przypomniał nam, jak ulotna jest sztuka aktorska i jak trzeba kochać aktorów, by wybaczyć im drobne potknięcia na deskach sceny.

Wojciech Giczkowski
Teatr Dla Was
13 września 2015

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery