Cena bycia sobą

Teatr STU po raz kolejny nie zawiódł widzów. Firma dziękuje Lutza Hübnera, wyreżyserowana przez Marka Gierata, to jeden z najlepszych dramatów współczesnych, jakie miałam okazję oglądać na teatralnych scenach w ostatnim czasie. To nie tylko podana w postaci gorzkiej komedii postawa doświadczonego pracownika wobec brutalnej socjotechniki, której jest poddawany przez nowe kierownictwo firmy, ale także ilustracja mechanizmów ludzkiej koegzystencji w nowej rzeczywistości gospodarczo-społecznej i nowej wizji przedsiębiorstwa.

Scenografia dzieli scenę na dwa plany, z których pierwszy jest miejscem właściwej akcji rozgrywającej się na oczach widzów, przestrzenią domu weekendowego, do którego kierownik działu kadr – Krusenstern, został zaproszony przez nowe kierownictwo firmy. Umeblowanie jest tu oszczędne w bardzo jasnej biało-kremowej tonacji, co pozwala na wyraźną ekspozycję postaci pojawiających się na scenie, a także na wykorzystanie gry kolorowych świateł podkreślającej kulminacyjne punkty dramatu. Drugi plan pozostaje ukryty za potężnymi rozsuwanymi drzwiami zajmującymi całą szerokość sceny. Owa przestrzeń za drzwiami to świat, z którego przybywają wchodzące w interakcję z Krusensternem postacie. Ich pojawieniu się towarzyszy na ogół dynamizm stojący w swoistej opozycji do opanowania i spokoju, znamiennych dla większości zachowań głównego bohatera.
Treść dramatu jest prosta i rozgrywa się między zaledwie pięcioma postaciami. Centrum stanowią Adam Krusenstern (Piotr Cyrwus) i pojawiający się na scenie nieco później Sandor Meyer (Marcel Borowiec). Pierwszy jest doświadczonym pracownikiem w wieku średnim zaproszonym przez Sandora do domu weekendowego firmy. Przy czym nie zna on zamiarów nowego kierownictwa, nie wie też, kim nowy prezes jest. Ten ostatni fakt ujawniony zostaje dopiero pod koniec sztuki, dzięki czemu widz poznaje punkty widzenia na prowadzenie nowoczesnego i dobrze funkcjonującego przedsiębiorstwa obu adwersarzy, łatwo mu też dostrzec te elementy ich wizji, które ze sobą pozostają w opozycji i nie dają się uzgodnić. W efekcie otrzymujemy dwa modele zarządzania przedsiębiorstwem, wspierane przez pozostałe postacie dramatu: Ellę Goldman (Dorota Segda) rówieśniczkę Krusensterna prezentującą jednak odmienną niż on postawę wobec zachodzącej wokół transformacji oraz Johna Hansena (Krzysztof Pluskota), będącego swoistą przeciwwagą dla obojga, przedstawiciela starej gwardii gotowego zrobić wszystko, by zachować pracę. Zestaw młodych uzupełnia Mayumi Selo (Angelika Kurowska) młoda, atrakcyjna, mało stosowna, ale zawsze gotowa spełnić żądania swojego aktualnego szefa nowoczesna sekretarka. I wszystko jedno czy owe żądania dotyczą działań związanych z organizacją spotkania biznesowego w wersji Adama, czy jest to tylko dotrzymywanie mu towarzystwa, by nie czuł się w niemal pustym ośrodku samotnie, czy też bezcelowe i nieco głupawe skakanie lansowane przez Sandora.

Akcja dramatu ogranicza się do jednej sytuacji. Całe spotkanie poświęcone jest ostatecznemu rozstrzygnięciu czy Krusensterna zwolnić czy może jednak pozostawić na dotychczasowym stanowisku. Niemniej jednak relacje między pracownikami przenoszą nas poza firmę, jej potrzeby i strategie. To świat ludzkich postaw i wartości, sprawdzenia się w sytuacji zaskakującej, trudnej, kryzysowej czy transformacyjnej. To świat tych, którzy pozostają – jak Krusenstern – wierni własnym, wypracowanym przez lata pracy i doświadczeń wartościom, wierni tradycyjnie rozumianemu zarządzaniu zasobami ludzkimi tak, by zatrudnieni pracownicy stanowili zgrany i kompetentny zespół zdolny do efektywnej współpracy, mający poczucie silnej przynależności do miejsca, w którym pracowali często przez kilka dekad. To ci twardzi, spokojni, metodyczni, idący przez świat z podniesioną głową, niepoddający się przeciwnościom i budzący fascynację młodych. To ludzie jak Ella dynamiczni, silni, z dużą wiedzą, doświadczeniem i umiejętnością dostosowania się do warunków zachodzącej transformacji. Cenieni przez tych reprezentujących nowoczesność, bo wpisujących się w jej ramy, dostosowani, nie zaburzający nowych rytmów, nawet jeśli ich nie akceptują. Płacą jednak cenę, o której w rozmowie z Ellą trzymającą twarz mówi Adam. To cena bycia sobą, rezygnacji z wartości i postaw, które zbudowały człowieka przez lata. To także ludzie jak Hansen, nastawieni na przetrwanie, przyjmujący każdą podsuniętą im rolę niezależnie od jej wartości etycznej, chcący przypodobać się każdemu, kto może zapewnić im pracę i dochód.

Z drugiej strony młodzi, których głównymi atutami są mobilność (kto by pracował w jednej firmie 20 lat), brak doświadczenia, kręgosłupa moralnego i podstawowych zasad etyki i zawodowej etykiety (Mayumi), czasem status prymusa dobrze wykształconego i orientującego się we współczesnej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, ale pozbawionego zdolności refleksji, emocji związanych z wykonywaną pracą, wypracowanej skali wartości i swoistej kultury pracy. Traktujący świat firmy jak plac zabaw, na którym należy pokazać luzacki styl, nonszalancję, konwencję ciągłej wesołości i zabawy.

Oba te światy zostają tu zderzone w sposób brutalny pokazujący racje młodego pokolenia nie widzącego sensu w angażowaniu się w działalność firmy, skoro i tak trzeba będzie zmienić pracę, płynący na fali sukcesu marketingowego świetnie określonego przez Sandora jako: „sprzedajemy kupowanie". Nie chodzi więc o produkt o określonej jakości i ustalonej marce, ale o zaspokojenie gustów i chęci posiadania dóbr materialnych przez konsumpcyjne społeczeństwo. To zaś wymaga nie tyle konkretnej wiedzy na temat produkcji, jakości etc., ile raczej dobrze rozwiniętych technik sprzedażowych, elastyczności, szybkości decyzji, kreacji siebie i swoich postaw na bieżąco, ale nie na stałe. Sandor w sposób cynicznie ironiczny pokazuje jak konsumpcyjny klient zmienił nie tylko potrzeby i oczekiwania, ale cały rynek pracy istniejący przecież po to, by zaspokajać potrzeby społeczeństwa. W reżyserskiej wersji Gierszałta zachowujący się jak pajac, skaczący po scenie Sandor jest w rzeczywistości świetnie wykształconym adeptem poważanej uczelni, który jak na kreowanego przez siebie luzaka świetnie orientuje się nie tylko w aktualnych potrzebach nowoczesnego społeczeństwa i technikach marketingowych sprzedaży, ale ma też świadomość klasy, którą reprezentuje Adam Krusenstern, z tym, że tę świadomość ujawnia tylko w rozmowach sam na sam ze swoim adwersarzem. Sandor jest człowiekiem zagubionym w sobie i w otaczającej go rzeczywistości. Szuka oparcia, jakiegoś stałego punktu odniesienia, którym okazują się być wartości i etyka pracy zwalnianego właśnie pracownika, a w efekcie on sam.

Dramat nie daje widzowi żadnej odpowiedzi na postawione przez siebie pytania. Nawet ich nie sugeruje. Na tym właśnie polega jego największa wartość. Przeniesiony na 100 minut w świat bezimiennej firmy widz ma okazję i czas przyjrzeć się światu ludzkich postaw i ich konsekwencji nie tylko społecznych czy ekonomicznych, ale też tych decydujących o indywidualności i jakości człowieka. Może w tym zestawie odnaleźć siebie, niejako z zewnątrz zobaczyć i ocenić własne postawy oraz działania. Gorzki, ironiczny humor znamienny dla dramatu Hübnera, a doskonale wydobywany i podkreślany przez świetną grę aktorów, decyduje o specyficznej, pełnej swoistego uroku aurze spektaklu. Scena STU proponuje ów dramat w podwójnej obsadzie aktorskiej. Ja miałam okazję oglądać tę, którą opisuję. Gra aktorów jest bez zarzutu, choć na scenie dominują i to bardzo zdecydowanie Piotr Cyrwus i Dorota Segda. Oboje precyzyjnie grają emocje. W przypadku Krusensterna począwszy od zagubienia i braku orientacji rodzących frustrację przez spokój i opanowanie towarzyszące próbie przywrócenia utraconego ładu świata po dynamiczny, pełen tłumionego gniewu wybuch, gdy mówi o swojej postawie wobec firmy, po próbie zwolnienia go z zajmowanego stanowiska. Warto jednak zauważyć, że eksponowana pozycja tej postaci na takie spectrum zachowań nie tylko pozwala, ale nawet ich wymaga. Natomiast pełna uznania jestem dla gry Doroty Segdy, która pozostając w zasadzie cały czas w ramach jednej konwencji – profesjonalnej trenerki, pełniącej funkcję narzędzia do sprawdzenia przydatności dotychczasowego kierownika kadr dla nowego modelu firmy, w subtelny sposób zmienia swoją grę pokazując cały zestaw postaw poczynając od chłodnego profesjonalizmu, przez pełne zaangażowanie w socjotechniczne zabiegi na żywym organizmie, po delikatne odsłonięcie głęboko skrywanego poczucia porażki wobec nowego sposobu traktowania pracowników uwłaczającego ich człowieczeństwu i nie respektującego nie tylko ich potrzeb, ale też uczuć i emocji. Specjalne wyrazy uznania dla Krzysztofa Pluty. Wykreowanie na scenie postaci tak doskonale pozbawionej właściwości to z pewnością dla człowieka mającego osobowość i charakter duże wyzwanie, któremu aktor zdecydowanie sprostał. W sumie – w mojej osobistej ocenie – najsłabszą kreacją aktorską jest tu postać Sandora granego przez Marcela Borowca. W założeniu dramatu człowiek czynu, dynamiczny, wykształcony, obyty w świecie, sól młodego pokolenia korporacji jest tu zupełnie pozbawiony charyzmy. Aktor nie chce lub nie potrafi grać całym sobą, jego emocje przedostają się przede wszystkim przez gardło (świetna modulacja głosu), ale to zdecydowanie za mało, by przebić się przez pełną ekspresji grę Segdy i Cyrwusa i Pluskota. Sandor, jakby nie patrzyć jedna z głównych postaci dramatu, niknie pośród innych aktorów i w zasadzie widać go jako tako tylko w partiach dla dwóch aktorów. Dodatkowo tę nijakość podkreśla kostium (Hanna Sibilski), którego według mnie nic nie uzasadnia. Ani funkcja postaci – w nowoczesnych korporacjach obwiązuje dress code i nie są to nijakie kolorystycznie, sportowe ciuszki jakie ma na sobie Borowiec, ani wpisana w tę postać swoista krzykliwość, niemal zupełnie dzięki kostiumowi zatarta. Dodatkowo barwy kostiumu tak niezauważalnie wtapiają się w scenografię, że w założeniu charyzmatyczny geniusz młodego pokolenia marketingowców jest po prostu nijaki. A szkoda.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
27 stycznia 2016

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery