IMG 7562 small
fot. Anna Lem

Klasyczna rewolucja

Na artyście teatralnym podejmującym się łamania kanonu spoczywa wielka odpowiedzialność, gdyż szczególnie naraża się on widzom konserwatywnym, starszym czy też tym, którzy zwyczajnie nie do końca przepadają za twórcami mówiącymi im, że ten dobrze znany im klasyk nie do końca jednak musi mówić o tym, o czym przez dziesiątki lat wydawał się im mówić.

Mówię o tym, ponieważ ostatnia premiera Teatru Scena STU okazała się być odważną propozycją repertuarową. „Balladyna" opracowana przez Krzysztofa Jasińskiego, a w reżyserii Krzysztofa Pluskoty, na dobrą sprawę z kanonem nawet nie do końca polemizuje - powiedziałbym, że raczej z nim zrywa. Przejawia się to w dwóch zasadniczych odstępstwach. Po pierwsze, tekst okazał się nie być poważnym, pompatycznym traktatem o dążeniu do tyrani i pełni władzy, lecz w dużej mierze przewrotną, lekką i przede wszystkim komediową historią toczącą się gdzieś na dziewiętnastowiecznej polskiej prowincji. Czasami nawet jest ona na pograniczu farsy. Po drugie, główna bohaterka to nie przebiegła, chciwa władzy kobieta, a jedynie zagubiona dziewczyna, która, wydaje się, po prostu zabłądziła w swoim życiu. Została oszukana przez matkę i Kirkora stwarzającego pozory rycerza na białym koniu - w rzeczywistości bałamutnego grafa, który trafił na dom sióstr za sprawą ingerencji Goplany zazdrosnej o Balladynę, ponieważ z nią widywał się Grabiec W dalszej części okazuje się, że tytułowa bohaterka jest w ciąży, zapewne z Kostrynem, zatem najważniejsze dla niej będzie ochrona swojego życia i dziecka. W rezultacie spektakl ma zupełnie inny wydźwięk niż dotychczas byliśmy do tego przyzwyczajeni. Może się to podobać, gdyż nie jest to linearne przedstawienie ukazujące, że białe jest dobre, a czarne jest nie złe. Zamiast tego otrzymujemy bardziej pogłębione psychologiczne postacie, które, podobnie jak w życiu, są w różnych odcieniach szarości. I to jest ciekawe.

Nowatorskie odczytanie klasyka to również szeroka gamma nowych możliwości aktorskich, które obsada w pełni wykorzystała. Tomasz Wysocki, bo od niego należałoby zacząć, w swej kreacji Piasta Pustelnika wypada szczególnie. To wokół niego toczy się akcja utworu, gdyż finalnie perłowa korona trafia na jego głowę. Podobać się może nuta tajemnicy, grozy i fantastyki, które Wysocki za sprawą przemyślanych gestów i głębokiego głosu udzielił swojej postaci, przez co można odnieść wrażenie, że Piast Pustelnik w rzeczywistości jest krypto-diabłem, podobnym w pewnym mierze do tego, który został już dawno został zidentyfikowany i opracowany w innym dramacie Słowackiego - naturalnie mowa tu o „Kordianie". Porządną kreacje stworzył także Grzegorz Mielczarek. Jego Grabiec to postać z początku komiczna, mocno przerysowana, ale aktor subtelnie wyczuł granicę, której przekroczyć nie powinien. Wraz z rozwojem akcji i postępującą przemianą - nie o tyle w wierzbę, a raczej w fantastycznego demona leśnego, przypominającego Satyra ze względu na posiadane kopyta - Grabiec stawał się postacią coraz bardziej stonowaną, lecz nie mniej ciekawą. Jego królewski monolog, w którym wydaje kolejne rozporządzenia dotyczące lasu jest poprowadzony imponująco i szczególnie angażuje widza. Możliwe nawet, że jest to najlepiej zagrana scena w całym spektaklu, choć podkreślę, iż całość jest zrealizowana na naprawdę wysokim poziomie. Nie można też pominąć tytułowej bohaterki. Wcielającą się w nią Kamilę Bestry charakteryzuje odpowiednia do roli powściągliwość, co jest nadzwyczaj istotne, kiedy jej postać jako jedyna jest realistyczna, w żaden sposób nieprzerysowana. W jej roli przykuwa uwagę jej subtelna i trafna gra oczami, której nie sposób nie zauważyć w charakterystycznej przestrzeni scenicznej w Teatrze STU.

Przestrzeń (autorstwa Katarzyny Małachowskiej), skoro o niej już mowa, także miała wiele do zaoferowania mimo minimalizmu - na scenie ograniczonej z trzech stron widownią pojawiał się tron, kolumny z przodu sceny przyozdabiały zwisające z nich kompozycje roślinne, w tle znajdowała się krata, głównie reprezentująca wejście do zamku Kirkora. Najważniejszym elementem scenograficznym jednak była tylna ściana, w której wklęsłych elementach umieszczone były światła. Te z kolei, zsynchronizowane z głównym oświetleniem tworzyły satysfakcjonujące estetycznie układy form.

Muzyka wywierała mieszane uczucia. Jej znaczenie było dość istotne, gdyż spektakl zrobiono częściowo muzycznie. O ile podkłady zespołów Żywiołak i Kapela Ze Wsi Warszawa ze względu na odczuwalne w nich współczesne rytmy folkowe były trafione idealnie i oddawały leśno-słowiański klimat dzieła Słowackiego, o tyle wokale do mnie nie przemawiały. Jakby twórcy nie poświęcili im wystarczająco uwagi, przez co finalnie zabrakło rozmachu i piosenki wypadły niestety blado. Zwłaszcza w zestawieniu z tak świetnie opracowanymi wierszami z dramatu, w których melodyjność słychać było i bez śpiewu.

Możliwe, że Krzysztof Pluskota wywołał niemałą rewolucję w odczytaniu Słowackiego i diametralnie zmienił główne przesłanie utworu. Nie zbiorę się na odwagę by jednoznacznie stwierdzić, iż tak się powinno podchodzić do klasyki. Powiem jednak, że oglądanie takiej realizacji klasyki sprawia mi niemałą przyjemność. Bez pozbawiania autora jego głosu, w końcu to jego słowa są punktem wyjścia dla artysty teatru. I bez nieprzemyślanego zastępowania go swoim głosem, czyli popularnego ostatnio uwspółcześniania na siłę. Pluskota udowodnił, że nawet dwa wieki później można odkryć w klasyce coś jeszcze niezbadanego.

Trzeba jednak ciągle szukać, dociekać i potrafić swoje wnioski umiejętnie przekazać widzom za pomocą sztuki - a, jak wiadomo, na tym polega praca reżysera.

Jan Gruca
Dziennik Teatralny Wrocław
7 grudnia 2019

Newsletter

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera Teatru STU i nie przegap żadnej premiery